czwartek, 31 maja 2012

- Ja się Ciebie nie czepiam ! Odczep Ty się w końcu ode mnie ! [...]

Hola a todos :) Dzisiaj mamy dzień dziecka, a ja w szkole mam bal :P Najpierw oczywiście musimy zatańczyć poloneza, którego nie widzę w mojej sukience i butach (10 cm obcas ;p). Mam nadzieję, że będę dobrze się bawić. Jak również mam nadzieję, że i Wy miło spędzicie ten dzień. Jakby nie patrzeć, chociażby dla samych rodziców, w każdym wieku jesteśmy dziećmi tylko starszymi :) Tak więc życzę Wam wszystkiego najlepszego z okazjii dnia dziecka :) A teraz zostawiam Was z rozdziałem, który osobiście mi się NIE podoba :) Komentujcie skarby ;* Hasta luego amigos :))
----------------------------------------------------------------------------

*Perspektywa Soledad
Właśnie wracaliśmy do hacjendy z naszej długiej przejażdżki, gdy z domu wyszła pani Rodriguez. Uśmiechnięta od ucha do ucha jak zawsze, krzyczała coś w naszą stronę. Nie było jednak słychać co krzyczała, ponieważ na podwórzu było pełno kowbojskich pracowników, którzy bardzo sprawnie jak i hałaśliwie wykonywali swoje obowiązki. Marcos wjechał koniem do stajni, a ja udałam się w stronę jego mamy.
- Moja kochana jak przejażdżka się udała ?
- Było bardzo ... miło jeździć na tym cudownym koniu - odparłam nie wiedząc co powiedzieć.
Ona uśmiechnęła się tylko i zapytała.
- A czy mój syn był uprzejmy w stosunku do Ciebie ?
Z początku nie wiedziałam co powiedzieć. Czy pogrążyć go i powiedzieć, że był nie miły i przy tym kłamać czy może powiedzieć prawdę, że nie mam mu nic do zarzucenia i przy tym mówiąc prawdę ?
Postanowiłam jednak powiedzieć prawdę, ponieważ kłamstwo zawsze wychodzi na jaw. Poza tym nie chciałabym w sumie, żeby miał problemy w domu.
- Nie, nie mam żadnych zastrzeżeń w stosunku do pani syna....
- To się bardzo cieszę - odparła przy czym uśmiechnęła się miło.
Nagle poczułam, że jakaś dość duża postać wyłania się zza moich pleców. Odwróciłam się i zobaczyłam mężczyzne. Miał on około 190 cm wzrostu, latynoską karnację, jak przystało na kowboja w tych rejonach, ciemne duże oczy, niczym gorzka czekolada, piękne, białe zęby, które pokazywał za pomocą szerokiego uśmiechu i kowbojski stroj. A mianowicie kraciastą koszulę, dżinsy i brązowy kapelusz, a także buty z ostrogami. Musiałam przyznać. Był bardzo przystojny.
- Buenas tardes, seniora Rodriguez - powiedział męskim, pewnym głosem.
- Buenas tardes, Ivan. Co Cię do nas sprawadza ? - zapytała przyjaznym głosem.
- Przejeżdzałem obok i postanowiłem zajrzeć do moich ulubionych sąsiadów - odpowiedział i uśmiechnął się szczerze i szeroko.
- Bez przesa....
- Przepraszam ! - przerwał jej w pół słowie - Jesteście państwo dla mnie jak rodzina. Wychowywała mnie pani przez 5 lat, kiedy moi rodzicie musieli wyjechać, więc proszę bardzo nie mówić mi, że przesadzam - dokończył pewnym i nieżartobliwym głosem mężczyzna.
- No dobrze, juz dobrze - pani Rodriguez uśmiechnęła się po czym dodała - A to jest nasza nowa podopieczna, Soledad.
Przedstawiła mnie, a młody mężczyzna złapał mnie delikatnie za dłoń, po czym zbliżył ją do swoich warg.
- Niezmiernie mi miło panienkę poznać. Jestem Iván Domínguez López. Jestem bliskim sąsiadem rodziny państwa Rodriguez.
- Mi też jest bardzo miło. Jestem Soledad....
Nie zdąrzyłam nic więcej odpowiedzieć, bo nagle ni stąd ni zowąd pojawił się obok nas Marcos. Ivan powoli puścił moją dłoń i spojrzał na drugiego mężczyznę, stojącego obok pani Rodriguez.
- Ooo ! Kogo ja tu widzę ! Ivan, co Cię do nas sprowadza ? - uścisnęli sobie dłonie i uśmiechnęli się do siebie nawzajem.
- Ta piękność która stoi tutaj - odparł i spojrzał na mnie.
Poczułam nagle jak się czerwienię i zdołałam tylko powiedzieć.
- Jaka znowu piękność .... ?
- Ah taaaak ! Poznałeś już Soledad ? - spytał dziwnym, obcym tonem Marcos.
- Owszem i nigdy w zyciu tego wydarzenia nie pożałuję - odparł trzymając ton uroczego i miłego faceta.
Na tą odpowiedź uśmiechnęłam się tylko, lecz w głębi czułam, że atmosfera robi się trochę spięta.
- Pożyjemy, zobaczymy - krótko i beznamiętnie odparł po czym dodał - Tylko nie zakochuj się, stary. Ona nie jest stąd, a na całe życie tu nie przyjechała.
- Tego pan nie wie ! - oburzyłam się lekko, lecz po chwili znów wróciłam do normalnego tonu głosu - Skąd pan wie ? Może znajdę tu tą prawdziwą miłość i zostanę tu na zawsze ...
- Prawdziwa miłość nie istnieje - zaprotestował dość normalnym tonem Marcos.
- Dzieci ! Dzieci, przestańcie się już kłócić - wtrąciła się mama Marcosa - Czy Wy zawsze musicie się kłócić?
- Mamo, to nie moja wina, że Twoja podopieczna jest taka naiwna.
- Ja ?! Naiwna ?! To pan chyba nie wie co to znaczy marzenia ! W takim razie nie jest pan także istotą ludzką, ponieważ każdy człowiek ma swoje marzenia, cele, drogi. A pan jak widać ich nie ma. Przykro mi z tego powodu, ale nie musi pan czepiać się mnie !
- Ja się Ciebie nie czepiam ! Odczep Ty się w końcu ode mnie ! Łazisz za mną jak jakaś małolata, którą właściwie jesteś i myślisz, że co, że wskoczysz mi do łóżka ?!
- Marcos ! Natychmiast przeproś Soled...
- Nie ! - przerwałam w pół słowie pani Rodriguez i dodałam, choć czułam, że łzy napływają mi do oczu - Skoro .... pani syn tak uważa .... - przełykałam tylko co raz ślinę i trzymałam na tyle długo łzy, aby nie dać satysfakcji Marcosowi - że taka .... że taka jestem ... To niech sobie tak uważa .... Przepraszam, pani wybaczy - i zwróciłam się do pani domu - Wybacz Ivanie - i odkręciłam głowę ku Ivanowi - jestem bardzo zmęczona.... Chciałabym się położyć.
Odeszłam nie czekając na żadną odpowiedź z ich strony. Gdy znalazłam się zza drzwiami, pobiegłam czym prędzej do pokóju, zamknęłam się i wybuchłam gromkim płaczem. Nie wiedziełam czemu zabolały mnie tak jego słowa, bo zabolały - do głębi. Płakałam, mając w głowie cały czas to samo zdanie "Łazisz za mną jak jakaś małolata, którą właściwie jesteś i myślisz, że co, że wskoczysz mi do łóżka ?!". Płakałam przez jakieś pół godziny po czym odpłynęłam do krainy snów ....

* Perspektywa Marcosa
Gdy mała poleciała do domu, nie obeszło mi się bez awantury ze strony matki .... Jak i Ivana ? Było dla mnie bardzo dziwne, że Ivan zamiast bronić mnie lub śmiać się z całej sytuacji, stanął po stronie mojej rodzicielki i robił mi wyrzuty, że nie miałem podstaw gadać takich głupot. Na co ja odpowiedziałem mu, że zna tą dziewczynę dopiero pół godziny, a już wie jaka jest ? Ja ją znam cały dzień i wystarczająco ją poznałem. Przy czym wtrąciła się ponownie moja mama i stwierdziła, że jest mną zawiedziona i nie wiedziała, że brak mi empatii. Nie mogąc tego dłużej wysłuchiwać, odszedłem od nich, dosiadłem konia, którym jeszcze pół godziny temu jeździłem z Soledad, po czym odejchałem czym prędzej i wróciłem tam, gdzie zabrałem tą małą dzikuskę.
Jechałem szybko i sprawnie, więc zajęło mi to około 5 minut. Zsiadłem z konia, przywiązałem go do pachołka, który stał, wbity w ziemię i poszedłem kilka metrów dalej. Zdjąłem kapelusz, położyłem się na trawie i patrzyłem w niego. Myślami cały czas byłem z moich zachowaniem w stosunku do małej. Tak na prawdę to nie wiem czemu tak powiedziałem. Może dlatego, że nie chciałem, aby jakaś mała europejka weszła mi na głowę. Może dlatego, że kiedy zobaczyłem ją i Ivana, który całuje jej rękę, poczułem, nie wiedzieć czemu, ogarniającą mnie złość. A może dlatego, że po prostu było mi to łatwiej powiedzieć niż przyznać jej rację, że czasami się jej czepiam. Nie wiem ! Nie mam pojęcia ! Wiem jednak jedno. Nikt poza mną nie może znać powodów mojego zachowania ani nawet założeniowych przyczyn.
Kiedy już nie wiedziałem co mam dalej myśleć, wstałem, wsiadłem na konia i pojechałem do baru Alaska. Moim celem, którego rzekomo nie mam według mądrej Soledad, było zapomnienie o problemach przy dużym, zimnym piwie. Szczególnie o problemie, który od początku dnia jest największym w moim dotychczasownym życiu - o Soledad.

poniedziałek, 28 maja 2012

- [...] Najlepiej będzie jak oboje o tym zapomnimy [...]

Hola a todos :) Wybaczcie ! Rozdział miał być wczoraj, ale nie dałam rady go wstawić :(( Wybaczcie :** Ogólnie rozdział mi się nie podoba, ale sami oceńcie. Nie będę nic już pisała na koniec, więc miłego czytania i komentowania :) Hasta luego amigos :))
---------------------------------------------------------------------------
*Perspektywa Carloty

Gdy Martin pokazał mi cały dom, zaprowadził mnie do mojego pokoju.
- Oto Twój pokój - powiedział Martin wprowadzając mnie do pokoju.
- Jej, cudownie tutaj. Śliczny pokój - odparłam.
Ten pokój na prawdę był piękny. Ściany miały kolor jasnego różu. Firanki na oknach różowo-białe. Najcudowniejsze jednak było łóżko, które miało być tylko moje.
- Też tak sądzę.
- Dziękuję Ci bardzo, że zechciałeś oprowadzić mnie po Waszym pięknym domu.
- Cała przyjemność po mojej stronie. A teraz chcesz iść obejrzeć ogród ?
- Nie chciałabym Ci wejść na głowę ...
- Nie wchodzisz mi na głowę, a poza tym moi rodzice mieliby mi za złe, że nie zaprowadziłem Cię tam, gdzie obiecałem....
Po tych słowach od razu zorientowałam się, że Martinowi nie chodzi o mnie, lecz o rodziców. Chciał po prostu wykonać polecenia mu przydzielone i na tym koniec. Właściwie to co ja sobie myślałam ? Że wyzna mi miłość, a ja mu się rzucę w ramiona ? Trochę się pośpieszyłam tym bardziej, że on czuje do mnie nie chęć.
- No dobrze. Nie będziemy robić przykrości Twoim rodzicom. Możemy iść teraz ? Będziemy mieli to przynajmniej z głowy. Potem nie musimy wchodzić sobie w drogę ...
- Tak... tak oczywiście. Chodźmy teraz.
Otworzył mi drzwi wyjściowe. Wyszłam a on za mną. Skierowaliśmy się do ogrodu. Gdy szliśmy tam, z daleka widzieliśmy jak Soledad razem z Marcosem wyjeżdżali na wycieczkę konną.
- Nie wydaje Ci się, że między nimi jest jakaś chemia ? - zapytał mnie nagle Martin.
- Czy ja wiem ? Znają się dopiero kilka godzin, a Ty już mówisz o chemii - Chociaż między nami też jest chemia - pomyślałam.
- No może rzeczywiście się zagalopowałem.
- Tak, chyba tak... - odparłam niepewnie.
Po chwili milczenia zatrzymaliśmy się przed drzwiczkami do ogrodu.
- A więc oto nasz ogród.... Nazywany rajem - powiedział w końcu i otworzył drzwi.
Weszłam tam i rzeczywiście zobaczyłam raj.
- Dios mio ! Esto es maravilloso !
- Wiem, nina.
- Możemy iść dalej ? - zapytał niepewnie.
- Oczywiście. Chodźmy
Przeszliśmy pare metrów, a ja cały czas podziwiałam to wszystko. Nagle Martin znienacka spojrzał na mnie czule, co mnie trochę skrępowało, ale i ja poczułam, że zaczynam się patrzeć na niego inaczej niż na chociażby Marcos'a. Martin zbliżył się do mnie. Jednym ruchem złapał mnie i przyciągnął do siebie. Patrzył na mnie tymi czekoladowymi oczami, a ja na niego działałam jak lepka na muchy. Zbliżał swoje wargi do moich, a ja swoje do jego warg, gdy nagle ktoś krząknął. Jak na wznak odskoczyliśmy od siebie. Przed nami, na wózku siedział dziadek.
- Przepraszam, nie chciałem wam przeszkadzać - zaśmiał się lekko nie tylko z tego, że zobaczył nas w takiej sytuacji, lecz dlatego, że oboje staliśmy jak zamurowani i żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć. - Wiem. Nie wiecie co powiedzieć i oczywiście nie musicie.
Chciałam coś powiedzieć, ale on mnie wyprzedził.
- Spokojnie ... Nie powiem nikomu - uśmiechnął się miło i wyszedł, zamykając drzwi.
Oboje staliśmy jak wryci. Nie wiedzieliśmy co powiedzieć, więc ja zdobyłam się na to i jako pierwszy wystąpiłam.
- Posłuchaj... to co tu przed chwilą się działo to po prostu chwila słabości ... zapomnienia .... Najlepiej będzie jak oboje o tym zapomnimy - przeczyłam sama sobie - Zgoda ?
- Tak, tak masz rację. To tylko chwila słabości .... Zapomnimy szybko - i puścił do mnie oczko.
Ja tylko uśmiechnęłam się beznamiętnie i wyszłam. On musiał tam zostać, ponieważ nie czułam nikogo obecności za sobą. Wbiegłam czym prędzej po schodach do pokoju i zamknęłam się. Nie wychodziłam już do czasu kolacji ....

*Perspektywa Martina
To co przeżyłem przed godziną, w ogrodzie, razem z Carlotą, było czymś .... czymś wspaniałym, ale także niebezpiecznym. Nie mogłem sobie pozwolić na jakieś uczucia w stosunku do tej dziewczyny ! Przecież ona jest ode mnie młodsza o 10 lat. Na Boga ! To jeszcze dziecko ! Ale kiedy tak staliśmy w ogrodzie, miałem wielką ochotę pocałować ją tak czule, że zapamiętałaby ten pocałunek jak swój pierwszy, przytulić ją tak mocno, aby nikt mi jej nie zabrał, żeby sama nie mogła uciec ode mnie ! No, ale przecież nie mogę ! Z resztą ona nic do mnie nie czuje. Tym bardziej, że jestem dla niej za stary. Chociaż z drugiej strony przybliżała się do mnie tak samo jak ja do niej. Gdyby nie dziadek...Niestety przeszłości zmienić nie można ... Poza tym ona chce o tym zapomnieć ... Jestem dla niej odrażający i nie chce tego pamiętać. Dlatego i ja powinienem trzymać ją na dystans...
Moje rozmyślenia przerwało nagłe pukanie do drzwi mojej sypialni.
- i Pasa, pasa !
Gdy drzwi się otworzyły, zobaczyłem u ich progu swoją mamę.
- Hijo, podemos hablar ?
- Si, si. Pasa. Sientate madre.
- Gracias. Chodzi o Carlotę ....
Serce mi zamarło. Nie wiem z jakie powodu, ale czułem miły uścisk w brzuchu.  Jednak nie dał po sobie niczego poznać.
- Słucham ...
- Tak więc .... chodzi o to, że Carlota siedzi w pokoju i nie wychodziła wogóle od momentu kiedy wróciała z ogrodu, w którym byłeś z nią, Ty.
- Przepraszam Cię mamo, ale to nie ma nic do rzeczy.
- Ale ...
- Nie ma ale !
- No tak, przepraszam ... masz rację to nie ma nic do rzeczy. Ja już pójdę. Miłego popołudnia. Do widzenia.
- Do widzenia.
I wyszła .....
Zdenerwowała mnie ta cala sytuacja, dlatego też poszedłem wziąć zimny prysznic, aby te emocje ze mnie zeszły. Powinno poprawić mi to samopoczucie. Wziąłem bokserki i skarpetki po czym skierowałem się do łazienki.

piątek, 25 maja 2012

- Na pewno ?


Hola a todos :) Como estais ? Dzisiaj mamy drugi rozdział :) Mam nadzieję, że Wam się spodoba hee :D Czekam na komentarze :) Nie będę pisała już na zakończenie także mówię teraz, hasta luego :) Entonces empezamos :)
-----------------------------------------------------------------------------
*Perspektywa Carloty
Gdy wysiadłyśmy, z domu wyszła niewysoka kobieta, ubrana w jeansową spódnicę i bluzkę z rozszerzanymi rękawami. Miała piękne, krótkie, falujące, ciemne włosy, ciemne oczy, pełne usta i trochę zmarszczek pod oczami. Szła w naszą stronę uśmiechnięta od ucha do ucha. Na dodatek pchała wózek ze starszym panem również uśmiechniętym ciepło i szczerze. Miał mundur żołnierki na sobie, siwe włosy, ciemne oczy i przemiły uśmiech. Za nimi wyszła młoda, szczupła, nie wysoka z ciemnymi, dużymi oczami, spiętymi brąz włosami i długimi, ładnymi nogami (jak sądzić po fartuszku) pokojówka. Również prezentowała się miło. Na końcu wyszedł nie wysoki, ale także nie niski, z niebieskimi oczami, jasno-brązową czupryną roztarganą na wszystkie strony, chłopak. Nie uśmiechał się, ale można było strwierdzić, że jest przeciwieństwem Marcosa. Był przystojny, elegancko ubrany - w czarną koszulę, jasne (eqri) spodnie i czarne, eleganckie buty. Wyglądał jak Bóg sexu - pomyślałam. Nie ! Nie ! Nie wolno Ci tak myśleć ! - odrzuciła od siebie tę myśl.
- Hola ninas ! - krzyknęła zachwycona i powitała nas ciepłym uściskiem i buziakami w policzki - Soy Lucia. Jestem żoną Guillerma, mamą Marcosa i stojącego za mną Martina oraz córką oto tego uroczego dziadka.
- Buenas tardes senora - jak jeden brat odpowiedziałyśmy i uśmiechnęłyśmy się miło.
- Buenas tardes muchachas, ay que guapas - przywitał nas dziadek - Witamy w naszych skromnych progach. Zapraszamy na obiad.
- Muchas gracias. Szczerze mówiąć jesteśmy bardzo głodne - odparła Soledad.
- Nie widać, żebyś lubiała dużo jeść ... - wtrącił się Marcos.
- Bo nie lubię jeść za trzech, czego nie można powiedzieć o panu - odpowiedziała mu dziewczyna. Reszta tylko się zaśmiała pod nosem.
- Zaraz po moim ojcu jestem głową rodziny ! Muszę być silny i mieć siłę na obronę hacjendy gdy przyjdzie taka potrzeba.
- Przestańcie się już droczyć ! Choćmy coś zjeść - wtrącił się Martin i ruszył w stronę domu. Reszta poszła w jego ślady.

*Narrator
Kucharki podały obiad i wszyscy w ciszy zaczęli jeść. Nagle tą długą ciszę przerwał Martin.
- Po obiedzie oprowadzę Was po domu i pokażę Wasze pokoje, jeżeli oczywiście nie będziecie miały nic przeciwko, moje panie.
- Będzie nam bardzo miło - odparła miło Soledad.
- Tak... Będzie nam bardzo miło ... - dodała niepewna, lecz uśmiechnięta Carlota.
Chłopak zauważył, że tej pięknej, młodej i słodkiej dziewczynie nie do końca podoba się ten pomysł. Z niewiadomego powodu zrobiło mu się miło na sercu. A gdy spojrzał w jej piękne niebieskie oczy, poczuł ukłucie w sercu .... miłe ukłucie. Nie wiedział co się z nim dzieje, ale wiedział jedno. Musi uważać na tę cudowną istotę.
- To może Ty, braciszku oprowadzisz panienkę Carlotę, a ja panienkę Soledad ? Wydaje mi się, że tak będzie lepiej - wtrącił Marcos. Brat chciał kategorycznie odmówić. Nie chciał dopuścić do tego, aby zostać sam na sam z Carlotą. Jednak zanim zdołał coś powiedzieć, wtrąciła się matka mężczyzn.
- Tak. To świetny pomysł. Poznacie się lepiej. Potem możecie jechać na przejażdżkę konną ...
- Przykro mi, lecz ja nie umiem jeździć konno - wtrąciła szybko Soledad. Chciała spędzać jak najmniej czasu ze starszym synem Rodriguezów.
- To Marcos Cię nauczy - wtrącił najstarszy Rodriguez. Spojrzał na syna i dodał - Prawda ?!
- Oczywiście. Może dzisiaj panienkę przewiozę na koniu, a od jutra zaczniemy naukę, co pani na to ?
- No nie wiem .... czy to dobry ...
- Ależ kochanie, oczywiście, że to bardzo dobry pomysł - wtrąciła pani Rodriguez po czym pogłaskała rękę dziewczyny.
- No dobrze - uśmiechnęła się dziewczyna.
- Ja bardzo przepraszam, ale ja dzisiaj nie mam ochoty na jazdę konną ... - zaczęła Carlota
- To może Martin pokaże Ci nasz piękny ogród, gdzie rosną piekne tulipany, kolorowe róże i pachnące konwalie ? Co Ty na to synu ? - odparł dziadek.
- Z przyjemnąścią - uśmiechnął się, ale po jego oczach było widać, że nie jest mu to na rękę.
- Ale nie chciałabym panu zawracać ...
- Tylko nie panu ! Jestem Martin. Nie jestem taki stary jak mój brat, żeby mówić do mnie na pan. Poza tym nie będziesz mi zawracać głowy.
- No dobrze. To po obejrzeniu domu pójdziemy obejrzeć ogród tak?
- Oczywiście.

*Perspektywa Soledad
Gdy wszyscy skończyliśmy jeść obiad. Marcos zaprosił mnie do oglądania domu. Był dla mnie nie przyjemny, ale klase miał. Państwo Rodrigez bardzo dobrze wychowali swoich synów. Ja na ich miejscu byłabym dumna z takich dzieci. Nie da się ukryć, że oni też są z nich dumni.
- Więc jadalnie widziałaś. To jest salon - i w tym momencie wprowadził mnie do dużego pomieszczenia, gdzie na środku był nie duży i nie wysoki stolik a wokół niego dwie kanapy i dwa fotele. Nie daleko, przy ścianie stał duży kominek. Obok były okna z pięknymi jasnymi firankami. Pomieszczenie było dość duże, ale bardzo przytulne. Ściany były pomalowane w kolorze ecru. - Możesz korzystać z salony jak i z całego domu 24 na dobe.
- Dziękuję.
- Nie ma za co. Postaramy się po prostu nie wchodzić sobie w drogę i oboje jakoś przeżyjemy Twój pobyt tutaj.
I tutaj mnie trafił. Zabolało mnie to, lecz postanowiłam nie dać za wygraną i powiedzieć mu co o tym sądzę.
- Również mam taką nadzieję, ponieważ oglądanie pana nie było by miłe. Byloby wręcz koszmarne - i uśmiechnęłam się irytująco.
- Chodźmy dalej - odwrócił się i poszedł, a ja za nim.
Przez ten cały czas pokazywał mi wszystko od piwnicy po strych. Na końcu pokazał mi mój pokój. Był piekny, nie duży i ładnie urządony. Przy łóżku stały dwa stoliki nocne. Na jednym lampka, a na drugim telefon. Przed moim łóżkiem stały moje walizki. Była również szafa, która z pewnością pomieściłaby i moje rzeczy jak i rzeczy Carloty. Były również drzwi do łazienki.
- Masz własną łazienkę jak coś, a telefon po to gdybyś czegoś potrzebowała. Na telefonie masz przyklejoną kartkę po jakim numerkiem jest kto.... Ja jestem po jedynką.
- Czemu ?
- Gdybym ja to wiedział.
- Aha. No tak przecież to nie pan to ustawiał. Głupie pytanie.
- Tak bardzo głupie.
- No dobrze to już wszystko, tak ?
- Tak czy chcesz coś jeszcze wiedzieć ?
- Nie już się wszystko dowiedziałam czego chciałam.
Zabrzmiało to trochę dwu znacznie, ale nie przejęłam się tym tak bardzo.
- Za godzinę przejażdżka koniem, pamiętasz ?
- Eh... taaaak .. Pamiętam - odparłam z niechęcią. Jednak jak przystało uśmiechnęłam się.
- Czyżbyś nie chciała ze mną spędzić więcej czasu ? - zapytał pewny siebie
- Cóż pana osoba mnie nie interesuje, więc w sumie to obojętne.
- Na pewno ?
Ledwo zdąrzyłam się zorientować i już stał przy mnie. Stał tak blisko, że czułam zapach jego wody kolońskiej i tego męskiego zapachu. Zabrakło mi tchu, lecz starałam się tego nie okazywać. Nie wiedziałam co się w tym momencie ze mną dzieje, ale na pewno nie było to normalne. Nie mogłam nawet wydusić z siebie żadnego słowa.
- Na pewno ?
Zapytał ponownie zbliżając swoje wargi do moich. W końcu wróciłam do świata żywych i odepchnęłam go.
- Tak na pewno ! A teraz proszę wyjść, bo chciałabym się przebrać.
- Oczywiście. Hasta la vista.
- Hasta luego senor.
I zniknął za drzwiami. Opadłam na łóżko, ponieważ nie mogłam dłużej utrzymac się na nogach. To co przed chwilą mnie spotkało to było, to było coś ... tragicznego, ale także przyjemnego i podniecającego. Gdy się uspokoiłam poszłam wziąć szybki prysznic. Po wyjściu wysuszyłam włosy, zrobiłam lekki makijaż, aby nie było widać moich zaróżownionych policzków i ubrałam się tak jak przystało w takim miejscu. Nie miałam takich ubrań, ale gdy otworzyłam wcześniej szafę, zobaczyłam strój dla kowbojki. Bardzo mi się on spodobał. Zawsze podobały mi się te klimaty. Tak więc ubrałam się, zrobiłam kucyka i gdy właśnie miałam wychodzić, ktoś zapukał do drzwi.
- Adelante !
W drzwiach stanął Marcos. Wyglądał zabujczo. Miał białą koszulę rozpiętą do połówy, długie jeansy, buty kowbojskie i kapelusz. Prawdziwy kowboj.
- Gotowa ?
- Tak, właśnie miałam wychodzić.
- A więc zapraszam - przepuścił mnie w drzwiach i zeszliśmy na dół, aby iść do stajni po konia.
Gdy wyszłam na werandę. Zobaczyłam czarnego jak węgiel konia z pięknymi oczami.
- Dios ! Que bonito caballo !
- Prawda ?
- O taaaak.
Marcos wsiadł na konia po czym jedną ręką uniusł mnie ku górze i posadził przed sobą. Znów czułam zapach tej cudownej wody kolońskiej jak i ten jego męski zapach. Pokazał mi czego mam się trzymać po czym sam złapał się tego tym samy objął mnie od tyłu.
- Wygodnie ? - zapytał, a gdy mówił, czułam jego oddech na swojej szyi.
- Tak, tak.
- No to ruszamy.
I pojechaliśmy.....

poniedziałek, 21 maja 2012

- Dios mio.... - Estamos en el cielo ?

Hola :) Dzisiaj jest święto narodowe :D a czemu ? Ponieważ dodaje 1 rozdział na bloggera :P Mam nadzieję, że Wam się spodoba i będziecie chętnie czytać ten jak i kolejna rozdziały :) Miłego czytania kochani :)

------------------------------------------------------------------

* Perspektywa Carloty
Dzisiaj był mój  jak i mojej przyjaciółki, Soledad wielki dzień. Wakacje w Meksyku były naszym marzeniem od zawsze, a właściewie największym marzeniem były one dla Soledad, niewysokiej, ładnej, brązowooka dziewczyny.
Z Soledad przyjaźniłam się od dziecka. Była ona moją najwierniejszą przyjaciółką, której zawsze wszystko mogłam powiedzieć. Mogłam przyjść do niej o 3 rano, a ona zaspana i tak wysłuchałaby mnie, przytuliła i pocieszyła. Jak wcześniej wspomniałam jest to niewysoka, ładna, brązowooka, z figurą w sam raz dziewczyna. Miała ciemne, długie, kręcone włosy i śliczne, proste, białe zęby.
Razem z tatą Soledad i moją mamą i samą Soledad wysiedliśmy z samochodu. Była godzina 7:00. Wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni i niewyspani. Jednak gdy uświadamiałam sobie z jakiego powodu tak rano znajduję się na lotnisku od razu zmęcznie znikało z mojej twarzy. O godzinie 8:00 miałyśmy zarezerwowany lot do Meksyku. Dlatego też tata mojej przyjaciółki poszedł odebrać bilety i przy okazjii kupić nam po małej ekspresso z automatu. My natomiast usiadłyśmy sobie w poczekali i z niecierpliwieniem czekałyśmy na kawę i odlot. Kiedy pan Sanchez wrócił, podał nam kubeczki i bilety, po czym sam usiadł obok i pił czarną kawę.
- Będę się martwił, ale wiem, że będziesz w dobrych rękach córeczko - powiedział z niespokojnym uśmiechem jej tata.
- Tatusiu, nie bój się wszystko będzie dobrze - uśmiechnęła się ciepło Soledad i pocałowała tatę w policzek.
- Nie chcę przerywać tych pięknych chwil, ale powinnyśmy się zbierać. Dochodzi 7:40 - wtrąciłam się ze słodkim głosikiem.
- No to lecimy - odparła Soledad i po chwili wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
Zaczęliśmy się zbierać. Zanim przeszłyśmy przez bramki, pożegnałyśmy się z rodzicami i poszłyśmy w stronę samolotu...

*Perspektywa Soledad
Gdy wsiadłyśmy do samolotu, ogarnął nas strach. Na szczęście lot był bezpieczny i po 10 godzinach byłyśmy już z walizkami na lotnisku w Mexico City. Od razu naszym oczom ukazało się dwóch, wysokich mężczyzn. Jeden z nich był wysoki, młody i bardzo przystojny. Miał ciemne, brązowe włosy, małe, czekoladowe oczy.Wyglądał na jakieś ok. 27 lat. Był ubrany w białą koszulkę, co świetnie kontrastowało z jego śniadą cerą, białe, krótkie spodenki, dzięki którym było widać jego dojrzałe, owłosione i umięśnione nogi. Na nogach miał szare eleganckie buty. Z daleka można było stwierdzić, że ma zjebany humor. Drugi mężczyzna był jego przeciwieństwem. Uśmiechnięty od ucha do ucha. Starszy od niego nóż, widelec o 20 lat. Również miał czekoladowe. Miał siwo-brązowe włosy. Miał na sobie biało- czarną koszulę z krótkim rękawkiem, czarne spodnie kowbojskie i czarne eleganckie buty. Obaj byli dobrze zbudowani. Nagle luźnym krokiem, kierowali się w naszą stronę. Spojrzałam na Carlotę, a ona na mnie.
- Witam moje panie - powitał nas starszy mężczyzna - Jestem Guillermo Rodriguez, a to mój starszy syn Marcos. Ten pokiwał tylko głową. Ani się nie odezwał ani nawet ręki nie podał.
- Przepraszam, że zwracam uwagę, ale kultura osobista wymaga chociaż podania ręki - powiedziała surowym głosem patrząc Marcosowi prosto w oczy.
- Kultura osobista wymaga również nie wtykania nosa tam gdzie go nie potrzeba - odparł obojętnym głosem chłopak.
- Chyba przeprosiłam prawda, ma pan niedosłuch ?? - zapytała poddenerwowana tą wymianą zdań.
- To nie Twoja sprawa, więc proszę po raz kolejny nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy.
Senor Rodriguez i Carlota patrzyli tylko na nich tak jakby chcieli wybuchnać zaraz śmiechem. Co raz wymieniali spojrzenia i uśmiechali się potajemnie, aby towarzysznie nie zauważyli, że ich ta sytuacja śmieszy.
- Czy nie umie pan zmieniać płyt, gdy te zaczynają się zacinać ?? - zapytała ripostycznie.
- Może i umiem, a może i nie. Wybacz, ale nie mam zamiaru z kimś takim jak Ty dyskutować. Mam lepsze zajęcia - odparł po czym odwrócił się w stronę reszty towarzyszy i zapytał - To co jedziemy ??
- Jedziemy - odpowiedział krótko pan Rodrigez.
*Narrator
Ruszyli w stronę ciemno-szarego BMW Concept CS. Soledad jak i Carlocie oczy wyszły na wierzch. Kiedy podeszły do niego, Marcos wziął nasze bagaże, zapakował je w bagażniku po czym otworzył tylne drzwi przyjaciółkom. Następnie wsiadł za kierownicą i ruszył w stronę domu. Przez całą drogę Marcos i Carlota nie odzywali się. Natomiast Soledad prowadziła bardzo ciekawą rozmowę ze straszym Rodriguezem. Rozmawiali o tym jak to jest mieszkać w Meksyku. Dziewczyna stwierdziła, że od dziecka pragnęła tu przyjechać.
- To co zostajesz w Meskyku na zawsze ? - rzucił znienacka Marcos. Wszystkie oczy zwróciły się ku niemu.
- Chciałabym ... - rozmarzyła się Soledad po czym dodała - Gdybym miała taką możliwość zostałabym. Chociaż w sumie jak sobie myślę, że miałabym pana spotkać gdzieś po drodze ...
- Widziałabyś mnie codziennie. Chyba nie jesteś na tyle głupia, żeby od razu szukać sobie włanego mieszkania. Poza tym znając moją mamę, tatę i dziadka zostałabyś zmuszona do zostania na naszej hacjendzie - przerwał jej nagle Marcos po czym wjechał na teren, który dziewczynom wydaławał się być rajem.
- Dios mio.... - wyszeptała Soledad
- Estamos en el cielo ? - zapytała Carlota zapatrzona w piękną hacjendę.
Hacjenda była duża, bardzo zadbana jak i zapracowana. Wokół chodziło pełno kowboi. Na samym wjeździe był widoczny duży dom. Był piękny, piętrowy z różnymi kolorami różu - ciemny, jasny. Z prawej strony było widać wejście do stajni. Po lewej stały dwa samochodu, czerwony Ferrari 458 Italia i srebrny Mercedes-Benz SLR McLaren.

------------------------------------------------------------------
Za wszelkie błędy przepraszam :( Jak ma się wenę pisze się nie zważając na błędy, a tego nie sprawdzałam później, także wybaczcie :) Miłego wieczoru życzę kochani :) 
Ps. Co do rozdziałów, najprawdopodobniej będę dodawała je raz lub dwa razy w tygodniu. W poniedziałek i w piątek lub w sam poniedziałek :) 
Hasta Luego :)

sobota, 19 maja 2012

Hola !

Witam wszystkich na moim blogu :) Na tym blogu można będzie czytać opowiadanie mojego autorstwa pt. "Vacaciones en Mexico". Mam nadzieję, że będzie trochę tu Was, będziecie to czytać i komentować. Nigdy nie piszę prologów, więc kolejny post będzie od razu od pierwszego rozdziału. Zdradzę Wam, że będzie on pt. "- Dios mio.... - Estamos en el cielo ?". Tak więc zapraszam serdecznie wszystkich Was do czytania i komentowania mojego opowiadania. Na ten post to wszystko :) Dziękuję za uwagę. Hasta luego amigos ! :D