wtorek, 31 lipca 2012
"Jeszcze chwila, a mogę ...."
Hola a todos ! Przepraszam Was za spóźnienie, ale mam tyle na głowie ostatnio, że masakra. Oglądanie telek, pomaganie przyjaciółce w wyprowadzce i stronka na fb, ale obiecuję, że za to dam kolejny rozdział w piątek. Oczywiście nie będzie się to na razie powtarzało, bo muszę nadrobić trochę w rozdziałach ;) A teraz zostawiam Was z nowym bohaterem :) Miłego czytania kochani :)
----------------------------------------------------------------------------
*Perspektywa Franco
Czekałem na nią przed domem. Minęło około piętnastu minut zanim wyszła. Kiedy drzwi od domu otworzyły się i wyszła z nich ona, myślełem, że padnę. Była jak anioł. Śliczne kręcowne, ciemne-blond włosy. Zielone oczy. Delikatna owalna twarz. Usta lekko rozchylone. Wyglądała zabójczo. Mimowolnie uśmiechnąłem się szeroko na jej widok, a moje serce zaczęło bić szybciej niż kiedykolwiek.
Podszedłem bliżej, ująłem jej dłoń w swoją i pocałowałem delikatnie. Poczułem zapach świeżych róż.
- Witam. Jestem Franco. Kuzyn narzeczonego pani przyjaciółki. Mówiono mi, że jest pani śliczna, ale nie sądziłem, że ujrzę anioła. A jednak - zacząłem zahipnotyzowany jej urodą.
- Bardzo mi miło pana poznać. Jestem Carlota. Zgadza się moja przyjaciółka jest związana z pańskim kuzynem, Ivanem. Jeżeli chodzi o mój wygląd to na prawdę pochlebia mi to, ale chyba pan troszeczkę przesadza - odparła.
Nagle ujrzałem słodkie rumieńce na jej policzkach. Uśmiechnąłem się i dodałem.
- Czy dałaby się pani zaprosić na obiad ?
Zanim cokolwiek odpowiedziała, uśmiechnęła się zaskoczona i odparła.
- Bardzo chętnie. Jednak mam do pana prośbę ...
- Słucham.
Pragnąłem spełnić każdą jej prośbę, każdą zachciankę.
- Czy mógłby pan mówić do mnie po imieniu? Jakby nie patrzeć nie jestem, aż taka stara, aby mówić do mnie na pani.
Zaśmiałem się i odpowiedziałem.
- Ależ oczywiście. Pod warunkiem, że i Ty będziesz zwracać się do mnie po imieniu.
- No dobrze skoro tak. Może i tak będzie lepiej.
- Z pewnością - uśmiechnąłem się i podałem jej ramię - To co ruszamy ?
- Bardzo chętnie.
Ujęła moje ramię, po czym skierowaliśmy się do samochodu. Otworzyłem jej drzwi ze strony pasażera. Kiedy wsiadła zamknąłem je za nią i sam skierowałem się w stronę drzwi kierowcy. Chwilę później już jechaliśmy trasą do miasta. Widać było po niej, że o czymś intensywanie myśli. Postanowiłem zapytać o powód tego niesmacznego wyrazu twarzy.
- O czym tak myślisz, jeśli można spytać ?
- O wszystkim. Odkąd tu przyjechałam moje życie odwórciło się do góry nogami - odparła i zmusiła się do uśmiechu.
- Rozumiem - wolałem nie wnikać przez kogo i przez co.
Resztę drogi milczeliśmy. Dojechaliśmy dość szybko, jakoże na ulicach nie było zbyt wielkiego ruchu. Pomogłem jej wysiąść, po czym weszliśmy do restauracji, gdzie czekał już na nas, wcześniej zamówiony, stolik dla dwojga. Kiedy usiedliśmy, podszedł do nas kelner. Poprosiłem o butelkę wina półsłodkiego i danie dnia.
Była między nami niezręczna cisza. Postanowiłem ją przerwać.
- Jak Ci się mieszka z Rodriguezami ? - zapytałem z uśmiechem na twarzy.
- To bardzo serdeczna i miła rodzina. Jednakże moim ulubieńcem jest nikt inny jak dziadek - odparła i zachichowała cicho.
Była prześliczna, kiedy się śmiała. Ona chyba nie wie jak bardzo jest podniecająca, a zarazem niewinna. Ja nie byłem nigdy typem playboya. Nie ochodziło mnie jak kobieta jest pociągająca i jakie ma warunki. Obchodziło mnie jej wnętrze, któremu też nic nie brakowało. Po prostu ideał.
- Cieszę się - uśmiechnąłem się.
Kiedy kelner przyszedł i podał wino z dwoma kieliszkami, podziękowałem i postanowiłem dowiedzieć się czegoś o tej ślicznej istocie.
- Jesteś z Polski, tak ?
- Tak
- Widać.
- Nie rozumiem
- Przecież cały świat wie, że polski i latynoski to najpiękniejsze kobiety na świecie.
Zaśmiała się, a jej policzki nabrały rumieńców.
- Też to słyszałam.
- Nie tęsknisz za rodziną ? - zapytałem zmieniając temat.
- Oczywiście, że tęsknie, ale dobrze mi tutaj. Właściwie to dzięki Soledad - odparła, a ja posłałem jej pytające spojrzenie, na co ona ciągnęła - Ona jest miłośniczką tego kraju i krajów sąsiadujących, a mianowicie Kolumbia, Brazylia, Wenezuela i ta reszta to jej życie. Od małego pragnęła znaleźć się w tym kraju. Przebywać z tutejszymi ludźmi. Zobaczyć wszystkie miejsca, w których kręcone były jej ulubione telenowele. Ja jej tylko towarzyszę i chętnie sama zwiedzam to wszystko. Tutaj po drugiej stronie oceanu, wszystko jest takie inne.
- Rzeczywiście to prawda. Kiedyś byłem w interesach w Europie, a dokładnie w Hiszpanii i w Niemczech. To nie to samo co tutaj.
- Gdybym mogła zostałabym tu tak długo, ile chciałaby Soledad...
- Czyli ile ? - przypuszczałem, że odpowie do końca życia.
- Do końca życia - odparła i zaśmiała się miło.
- Czemu nie zostaniesz ? - zapytałem całkiem poważnie, co zauważyła Carlota i sama spoważniała.
- Przecież jesteśmy obce. Nie będziemy przez całe życie siedzieć na karku państwu Rodriguez.
- Soledad ma Ivana ... Jeżeli dobrze by poszło, pobraliby się ...
- Tak to prawda. Kochają się i to chyba już całe miasto wie - odparła i po chwili dodała - A co ze mną ? Ja bez niej nie wrócę, a przecież nie będę jej przyzwoitką, kiedy ona będzie z Ivanem.
- Podobasz mi się - odpowiedziałem i byłem pewnien, że zrozumie tą iluzję. Rzeczywiście zrozumiała i zarumieniła się. Wyglądała tak słodko. Swoją dłoń położyłem na jej dłoń i głaskałem delikatnie. Ona tylko bardziej się zarumianiła.
- Szczerze mówiąc .... Ty mi też .... - odparła z niepewnością, ale szczerością.
- Miło mi to słyszeć. Pozwól, że nie będziemy tu siedzieli przez cały dzień i zabiorę Cię we wspaniałe miejsce, dobrze ?
- Bardzo chętnie.
Wstałem, zostawiając pieniądzę za rachunek i wyszliśmy. Pomogłem jej wsiąść do samochodu i sam okrążyłem auto dookoła i zasiadłem za kierownicą. Ruszyliśmy w drogę.
Zastanawiałem się nad tym jak to by było być z Carlotą. Budzić się każdego ranka u jej boku. Tulić ją na dobranoc. Jeść razem śniadania, obiady i kolacje. Wychowywać nasze wspólne dzieci. Co prawda ona nie jest jeszcze pełnoletnia, ale jakby tak poczekać jeszcze ten rok...
- Jejku jak tu pięknie ! - rzuciła zdumiona, kiedy zajechaliśmy w miejsce, które zamierzałem jej pokazać.
- Rzeczywiście. Pierwszy raz pokazała mi to miejsce moja babcia. Cóż to była za kobieta - rozmarzyłem się jednak ciągnąłem dalej - Kochałem ją bardziej niż własną matkę. Nie ma się co dziwić. Moja matka nigdy mnie nie chciała i nie kochała i przy każdej okazji to okazywała. Jak byłem mały nie raz biła, ponieważ wchodziłem do jej pokoju, w który kochała się z jednym z jej aktualnych facetów. Wchodziłem tam, bo byłem głodny, a sam niczego nie umiałem zrobić, bo byłem na to za młody... Przepraszam. Nie powinienem Cię tym obciążać - wróciłem do rzeczywistości.
Carlota spojrzała na mnie czułym i współczującym wzrokiem. Dotknęła koniuszkami palców mojego policzka i szepnęła.
- To nie jest Twoja wina. Przyznam nie chętnie takich historii słucham, bo nie mogę pojąć i zrozumieć jak własna rodzicielka może wyrządzać tyle krzywdy własnemu dziecku. Jednak jeżeli kiedykolwiek chciałbyś porozmawiać i się wygadać, jestem do dyspozycji. Nie powinno się swoich smutków i żali trzymać w sobie. To źle wpływa na naszą psychikę i samopoczucie.
Nic nie mówiąc, ująłem jej twarz w dłonie i pocałowałem. Długo nie musiałem czekać na odpowiedź, bo od razu zaczęła dawać mi pocałunki tak czułe jak ja jej. Przyciągnąłem ją do siebie. Nasze pocałunki stały się bardziej intymne i gorące. Poczułem jak po moim ciele przeszywa się dziwny, lecz miły dreszcz. Jej ręka ześlizgnęła się niżej i spoczywała na moim torsie, co jeszcze bardziej przyczyniło się do mojego ciężkiego oddechu. Od niej czułem to samo. Nierówny puls, ciężki oddech i te porządanie. Na chwilę oderwałem się od jej warg. Spojrzałem jej w oczy.
- Jeszcze chwila, a mogę przestać nad sobą panować - szepnąłem wprost w jej wargi, które musnąłem, po czym puściłem ją i usiadłem na miejscu jak na początku. Ona zrobiła to samo.
- Przepraszam - powiedziała zamieszana.
Ująłem jej dłoń i pocałowałem ją delikatnie.
- Skarbie. Nie masz za co przepraszać. To normalne uczucie wypełniające nasze ciała i umysły, które przestają działać prawidłowo, kiedy kobieta z mężczyzną zbliżają się do siebie na niebezpieczną odległość. Jeżeli chcesz możemy zacząć wracać.
- Wydaje mi się, że powinniśmy. Wpadniesz na kolację. Sądzę, że nikt z całej rodziny nie będzie miał nic przeciwko. Szczególnie dziadek - odparła, a na ostatnie zdanie zaśmialiśmy się oboje.
Zawróciłem samochód i ruszyliśmy w drogę powrotną.
poniedziałek, 23 lipca 2012
"Widziałeś może Carlotę?"
Hola a todos ! :) Dzisiaj mamy 14 :) Co prawda nudne jak nie wiem co, ale trudno :P Nie wiem co mam więcej pisać, więc zostawiam tak i zapraszam do czytania :)
-----------------------------------------------------------------
*Perspektywa Soledad
Kiedy Carlota wyszła z dziadkiem, ja postanowiłam na spokojnie to wszystko przemyśleć. Tak na prawdę, nie mogę mieć do żadnego z tej dwójki żalu, ponieważ z Marcosem nie jestem, a Dolores nie jest jakąś tam moją przyjaciółką wielką. Bolało mnie to i było to normalne, bo prawdą jest, że niestety zakochałam się w Marcosie. Owszem kochałam też Ivana. Kochałam ich obu. Była tylko między nimi różnica. Ivan odwzajemniał moje uczucie i był przy mnie i ze mną. Marcos - nie. Wniosek nasuwał się sam - zostać przy Ivanie i być z nim szczęśliwą. Przyznam, źle zrobiłam, całując się z Marcosem, ale on z pewnością o tym zapomniał. A ja nie mam zamiaru chwalić się tym na prawo i na lewo, także nikt o tym się nie dowie. Podjęłam więc decyzję o treści - będę zachowywać się tak jakbym nic nie wiedziała i w stosunku do niego jak i do niej być taką jaką byłam wcześniej.
Z moich przemyśleń oderwała mnie pani Lucia, która właśnie weszła do mojego pokoju.
- Przepraszam, że wchodzę, ale pukałam i nikt się nie odzywał - zaczęła i chyba zauważyła, że płakałam, bo po chwili dodała - Oj kochanie ! Co Ci się stało ? - usiadła obok mnie na łóżku i przytuliła mnie jak rodzona mama.
- Właściwie to nic strasznego. Po prostu czasami, kiedy dzieje się wszystko na raz, zaczyna mnie to przerastać i muszę usiąść i popłakać. To wszystko - wyjąśniłam i posłałam jej czuły uśmiech, co ona odwzajemniła.
- Powiem Ci, że to jest najlepsze i jak byłam w Twoim wieku, robiłam to samo.
- Na prawdę ? - spojrzałam na nią zaskoczona.
- Tak. Pamiętam, że nie łatwo też przyszło mi związać się z Guille. Nasze rodziny się nienawidziły. Dopiero kiedy uciekliśmy na tydzień daleko od domów, zrozumieli, że nie dadzą rady nas skłócić. Gdy wróciliśmy nasze rodziny pogodziły się. Musieli się pogodzić z faktem, iż kochamy się i będziemy się kochać, aż do śmierci. A teraz ... Teraz mamy dwóch synów no i .. córkę..
Na wspomnienie o Dolores poczułam ból w sercu, ale cóż mogłam poradzić. Nie wiedziała ona ile dla mnie znaczy Marcos, bo tak jak wszyscy jest pewna, że kocham TYLKO Ivana.
Postanowiłam jednak nie pokazywać żadnych emocji na wspomnienie o Marcosie, a tym bardziej o Dolores.
- Tak. Udało się państwu wygrać. Pomogła Wam miłość i to jest piękne. Teraz macie swoje życie i to teraz Wy jesteście tymi dorosłymi rodzicami. Jak sądzę jesteście państwo inni niż Wasi rodzice ?
- Dokładnie. Jesteśmy wręcz ich przeciwieństwami. Chociaż teraz pewnie nie uwierzysz jak spojrzysz na mojego ojca, że on był kiedyś przeciw temu, abym wyszła za Guillerma...
- Jak każdy ojciec. Boi się o swoją córkę. Dla niego nie jest ważne czy kandydat na męża jego córki będzie królem, pracownikiem czy synem najbogatszego człowieka w Meksyku. Dla niego nie będzie ważne czy on sprawia wrażenie dobrego czy złego. On zawsze będzie się bał o swoją córkę. Taki instynkt ojcowski - odparłam i na ostatnie zdanie obie się zaśmiałyśmy.
- Tak to prawda....
Rozmawiałyśmy sobie jeszcze trochę, dopóki Marcos nie zawołał swojej matki i z nim nie wyszła. A ja, żeby nie siedzieć tu bezczynnie i nie myśleć o tym ciągle, poszłam do łazienki. Wzięłam prysznic, ułożyłam włosy i zrobiłam manicure. Na koniec położyłam maseczkę i położyłam się, relaksując się, wypoczywającym ciałem.
*Perspektywa Martina
Po śniadaniu poszedłem do siebie. To co powiedziała mi w nocy Carlota, nie dawało mi spokoju. No bo z jednej strony nie miałaby powodów do kłamstwa. Jednak Lola nie należy do takich, które idą do łóżka z każdym. Poza tym między nią a Marcosem nigdy nic nie było.
Postanowiłem, że wprost zapytam o to Marcosa. Wyszedłem z pokoju i kiedy miałem już pukać do niego, usłyszałem ich rozmowę. Lola mówiła Marcosowi, że nikt nie może dowiedzieć się o ich minionej, razem spędzonej nocy. On zgodził się z nią bez zastanowienia.
Poczułem jak wszystko zaczyna się we mnie gotować. Wkurzony na siebie, że nie uwierzyłem Carlocie, a co więcej posłałem jej pare wyzwisk, postanowiłem poszukać jej i przeprosić ją za to.
Po drodze spotkałem dziadka i zapytałem w prost.
- Widziałeś może Carlotę?
- Tak. Poznałem ją z Frankiem i zabrał on ją na randkę - odparł z uśmiechem na twarzy.
Świadomy tego, że za moment wybuchnę, bez słowa odszedłem od dziadka i wyszedłem z domu. Wsiadłem na konia i ruszyłem w stronę pola, które kiedyś pokazał mi Marcos. Mówił, że kiedy ma jakiś problem albo musi po prostu zostać sam, przyjeżdża tutaj.
Kiedy dojechałem, zsiadłem z konia i położyłem się na polanie. Patrząc w niebo, rozmyślałem nad wszystkim.
niedziela, 15 lipca 2012
"Oni ... Oni sypiają ze sobą ... "
Hola ! :) Powiem szczerze, że chociaż to opowiadanie nie jest udane, bo ja go piszę to idzie w dobrym kierunku. Teraz mamy 13 a ja już jestem przy pisaniu 17 :P To dla mnie wyczyn. Zawsze pisałam opowiadania z rozdziału na rozdział. A teraz ? Jesteśmy przy 13 a ja już w 17 ! :D Możecie być pewni, że szybko to opowiadanie się nie skończy :) Dobra przestaje już zanudzać. Miłego czytania kochani :)
-------------------------------------------------------------------------------
*Perspektywa Marcosa
Kiedy zorientowałem się, że Dolores jak i Soledad są już w domu i za pewne w swoich pokojach, sam skierowałem się do swojego i zamknąłem się na klucz. Doszedłem do wniosku, iż pierwsze co powinienem zrobić to iść pod gorący prysznic. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Woda spływała po moim ciele, a ja stałem i nie miałem pojęcia co teraz robić. To co przeżyłem z Soledad przed godziną, było czymś niesamowitym. Po raz pierwszy czułem się tak przy jakiejkolwiek kobiecie, a co dopiero przy młodej dziewczynie, która nawet pełnoletnia nie jest. Za to jej czułe wargi ... Jej delikatne dłonie .... Jej zwinny język .... Jej drżące ciało .... Ona cała jest tak niewinna i przy tym tak pociągająca. Ona nawet sobie z tego sprawy nie zdaje. Niestety ja i moje ciało tak ... Chciałbym ... Chciałbym jej ciało tak pieścić, całować, poznać całe. Poznać jego zakamarki i odkryć wszystkie tajemnice.... Ale ... Ale jest Ivan ...
Soledad w życiu nie zdradzi Ivana. Widać, że między nimi jest bardzo duże i szczere uczucie. Jednak gdyby go kochała tak bardzo, nie pozwoliłaby się pocałować... Co prawda nie miała dużej szansy, bo złapałem ją tak, że nie miała innego wyboru, ale oddawała pocałunki. Nie powinna tego robić. Rozpaliła mnie i zostawiła ...
Spojrzałem w dół i zobaczyłem dowód na to, że nakręciła mnie na siebie i to bardzo ...
Nie miałem innego wyjścia jak jakoś to powstrzymać. Wyszedłem z łazienki. Ubrałem luźne spodnie od spania i poszedłem do pokoju .... Loli ....
Zapukałem i długo nie musiałem czekać, aż drzwi się otworzą. Była w samej koszuli nocnej, która ledwo zakrywała jej pośladki. Włosy miała rozpuszczone i mokre po kąpieli.
- Marcos - uśmiechnęła się miło - Co Cię tu sprowadza ? - zapytała zdziwiona i dała odsunęła się, tym samym zapraszając mnie do środka.
- Chciałem z kimś ... pogadać - odparłem po szybkim namyśle.
Wszedłem głębiej pokoju i usiadłem sobie na brzegu łóżka. Pokój nie był większy od mojego, ale także niedużo mniejszy. Ona usiadła koło mnie i zapytała.
- O czym chcesz pogadać ? ... Marcos ... - położyłem swoją dłoń na jej nagim kolanie i jechałem nią w górę - Co Ty ...
Przerwałem jej pocałunkiem. Na początku zszokowana nie odpowiadała. Jednak za chwilę położyła swoją dłoń na moim torsie i odpowiedziała na pieszczoty. Całowaliśmy się przez dłuższy moment, po czym odsunąłem ją od siebie i szepnąłem.
- Chodź ...
Wziąłem ją na ręce i położyłem na środku łóżka. Pociągnęła mnie za sobą. Znów nasze języki połączyły się i zaczęły wielki taniec namiętności. Włożyłem jedną rękę pod jej koszulę. Przejechałem po brzuchu i dotarłem do jednej z piersi. Chwilę później Lola nie miała już na sobie nic. Ta nie została mi obojętna i zsunęła moje spodnie w dół. Zjechałem z pocałunkami na szyję, dekold i piesi. Moje ręce gładziły jej uda. Nagle znalazłem się w niej. Ona tylko cicho jęknęła. Poruszaliśmy się w tym samym rytmie. Co jak co, ale Lola wiedziała jak zaspokoić faceta. Kiedy doszedłem, wyszedłem z niej i położyłem się obok. Ona jedynie szepnęła.
- Byłeś cudowny ...
W odpowiedzi cmoknąłem ją w ramię. Chwilę później okryliśmy się kołdrą i zasneliśmy.
*Perspektywa Carloty
Była pierwsza w nocy. Szłam właśnie do pokoju Soledad, kiedy zobaczyłam, że pokój Dolores nie jest zamknięty, a drzwi są uchylone. Z ciekawości zajrzałam i to co zobaczyłam było ... przerażające ! Widziałam jak przykryci kołdrą, goli, przytuleni do siebie, Lola i Marcos śpią w jej łóżku ! Wstrząsnęło to mną i to bardzo. Nie wiedziałam co mam zrobić. Co myśleć. Postanowiłam, że powinnam powiedzieć to Martinowi. Jak myślałam, tak też zrobiłam. Skierowałam się do jego sypialni. Zapukałam i kiedy usłyszałam "adelante", weszłam do środka.
- Cześć ... Nie przeszkadzam ? - zapytałam niepewnie, wchodząc powoli w głąb pokoju.
Zdziwiony moim widokiem odparł tylko.
- Cześć ... Jesne, że nie. Wejdź.
- Dziękuję - i stanęłam nieopodal jego łóżka, na którym leżał - Możemy porozmawiać ... ?
- Tak. O co chodzi ?
- O Dolores i Marcosa ...
Zaczęłam, co prawda nie do końca przekonana czy powinnam mu o tym mówić. Lecz z drugiej strony nie widziałam innego wyjścia.
- Hm ? - zrobił bardzo zdziwioną minę, a ja kontynuowałam.
- Oni ... Oni sypiają ze sobą ...
Ten jak wściekły zerwał się z łóżka, podszedł do mnie i podniesionym głosem rzucił.
- Co Ty wogóle wygadujesz ?! Oni ?! Hahaha proszę Cię !
- Nie wierzysz mi tak ? - zapytałam podirytowana.
- Nie, nie wierzę, bo to bzdura !
- Wierzysz ! Tylko nie chcesz sobie wmówić, że ona pożąda każdego, a nie tylko Ciebie !
- Co Ty mówisz ?! A co by mnie miało obchodzić z kim ona sypia ?! Kłamiesz, bo chcesz, żebym na Ciebie zwrócił uwagę, a nie uganiał się za nią !
Byłam zszkowana jego słowami. Nie wiedziałam wogóle co powiedzieć. Postanowiłam improwizować.
- Hahaha ! Chyba śmieszny jesteś ! A po co miałabym chcieć, abyś to za mną się uganiał ?!
- Może dlatego, że się we mnie zakochałaś i latasz za mną jak szczeniak za kością.
Przegiął. Doszłam do wniosku, że powinnam zakończyć tę kłótnię, bo z zadania na zdanie będzie gorzej. Bez słowa wyszłam i trzasnęłam drzwiami. Poszłam do siebie. Zamknęłam się i jak najszybciej poszłam spać. Usnęłam dość szybko.
Rano obudziłam się o ósmej trzydzieści. Poszłam, więc szybko pod prysznic. Ubrałam się i doprowadziłam do ładu i akurat było za trzy dziewiąta. Zeszłam na dół gdzie brakowało tylko Dolores i Marcosa. Zdecydowałam jednak nie odzywać się nic. Przywitałam się i usiadłam do śniadania. Po chwili zeszła para nocnych marków.
- Dzień dobry - powiedziali równocześnie.
- Dzień dobry - odparł każdy po kolei.
Usiedli na wolne miejsca. Pan Guillermo odmówił modlitwę i zajadaliśmy się śniadaniem bez słowa. Po śniadaniu każdy podziękował i rozeszliśmy się w swoje strony. Ja poszłam do pokoju mojej przyjaciółki. Doszłam do wniosku, że ona też powinna o tym wiedzieć.
- Mogę ?
- Jeszcze pytasz ! Wchodź !
- No masz rację. Głupie pytanie - i zaśmiałyśmy się obydwie.
Usiadłam na przeciwko niej na łóżku i zaczęłam.
- Jak tam ?
- A w sumie dobrze. A u Ciebie ?
- No nie do końca ... - odparłam niepewnie.
- To znaczy ? - zapytała ciekawa tego co ma zaraz usłyszeć.
- Wczoraj ... Wczoraj widziałam jak Marcos ... Kurcze ! - nie mogłam sie wysłowić z tego wszystkiego.
- Co Marcos ?! - zdenerwowała się, więc postanowiłam powiedzieć to szybko na jednym wdechu.
- Marcos i Dolores spali ze sobą dzisiaj w nocy !
Zamurowało ją. Nie wiedziała co powiedzieć i było to po niej widać. Nie mogła ukryć, szczególnie przede mną, tego co w tej chwili poczuła.
- A ... I dlaczego mi to mówisz ? - zapytała, myśląc, że jest obojętna na to co usłyszała.
- Proszę Cię. Widać z daleka, że masz minę jakbyś miała zaraz się rozpłakać. Jak chcesz to płacz kochanie. Mówię Ci to dlatego, że jak Martinowi to powiedziałam to mnie zaczął wyzywać od najgorszych.
- Eh... Masz rację. Kogo jak kogo, ale Ciebie nie oszukam. Tak masz rację boli mnie to i nie wiem dlaczego. Przecież mam Ivana. Uwielbiam go ..
- Właśnie ! - złapałam ją za obie dłonie i dodałam - Ty go uwielbiasz, a nie kochasz. Ty kochasz Marcosa. Zrozum to w końcu !
- Cholera jasna ! Wiem ! Wiem ! Wiem ! - zaczęła płakać.
Nie mówiła już nic. Łzy leciały jej jak woda w wodospadzie. Przytuliłam ją mocno i szeptałam tylko.
- No już kochanie. Płacz. Wypłacz się.
Siedziałam z nią tak dobre dwie godziny. Potem kiedy się uspokoiła, poprosiła mnie, abym zostawiła ją, bo chce się uspokoić, pozbierać i zastanowić nad wszystkim.
poniedziałek, 9 lipca 2012
"Wyglądasz jakbyś była ... jakbyś była z mężczyzną !"
Hola a todos ! :) Rozdział jak na mój gust ciekawy, ale hm dennie napisany. Czekam na Wasze komentarze i mam nadzieję, że trochę ich będzie. To jest rozdział 12, a ja napisane mam niecałe 15 i brak mi weny. Cóż mam nadzieję, że ona się pojawi. Jak nie to wtedy będzie się martwić. Tak właściwie to nie wiem czym, bo to opowiadanie nie jest jakieś super fajne, ale Wy byście mnie zabiły, więc wolę już pisać. Miłego czytania skarby. Do następnego :)
---------------------------------------------------------------------------------------
*Perspektywa Soledad
Po obiedzie skierowałam się do pokoju, aby chwilę odpocząć. Posiedziałam kilka minut na łóżku przeglądając telefon. Odpisałam na sms'y znajomych z Polski i wyszłam z sypialni. Zeszłam na dół i wyszłam na dwór. Rozejrzałam się dookoła i skierowałam się na tyły hacjendy.
Myślałam o wszystkim co dzieje się w tym domu. Ja, Calota, Ivan, Marcos, Martin i Lola. To dopiero mieszanka wybuchowa. Ja jak natura nakazywała kłóciłam się cały czas z Marcosem. Carlota z Martinem i Lolą oraz Marcos z Ivanem. Przerastało mnie to wszystko. Nie wiedziałam chwilami co mam począć. Przebywałam tu od ponad 2 tygodni, a już stało się tak wiele. Bałam się pomyśleć, co będzie jutro. Co będzie za 2 tygodnie.
Kiedy tak szłam zamyślona, poczułam, że wpadłam na kogoś większego ode mnie. Poleciałam na ziemie. Spojrzałam w górę i zobaczyłam osobę, której nie chciałam widzieć. Marcosa. Spojrzał na mnie tym swoim zimnym wzrokiem. Zmróżył oczy i rzucił.
- Mogłabyś uważać jak chodzisz ?
Szybko podniosłam się z ziemi i spojrzałam na niego wściekła.
- Pan też mógłby uważać. Gdyby pan uważał to byśmy minęli się bez problemu - odparłam.
- Przepraszam bardzo, ale gdyby pani zainwestowała w okulary może wtedy byśmy się minęli bez przeszkód - powiedział z ironią.
- To pan jest starszy i może przyszedł czas przejść na emeryture hm ? - odpowiedziałam na jego ripostę.
- Z tego co wiem to Twój mężczyzna jest w tym samym wieku co ja. On także powinien przejść na emeryturę ? - zapytał ze sztucznym uśmiechem.
Myślałam, że nie wytrzymam. Podeszłam bliżej i wymierzałam w jego stronę, aby przyłożyć mu z liścia. On jednak był szybszy. Złapał mnie za nadgartek. Wykręcił rękę do tyłu - tym samym przybliżając się na niebezpieczną odległość. Działo się to wszystko tak szybko, że nawet nie zorientowałam się kiedy zaczął mnie całować, drugą ręką przytrzymywał moją głowę, gładząc moje włosy. Głupia ja zamiast go odepchnąć, odpowiedziałam na pieszczoty. Nasze języki splotły się i zaczeły wirować jak tancerze na parkiecie. Swoją drugą ręką gładziłam jego policzek. Całowaliśmy się coraz namiętniej. Puścił moją rękę, kiedy poczuł, że przestałam z nim walczyć. Złapał mnie za biorda i przybliżył je do swoich. Poczułam wielki przeszywający mnie dreszcz. Czułam jak unoszę się nad ziemią. Nie byłam świadoma właściwie co robię. Moje serce i ciało pragnęło jego pocałunków, pieszczot, dotyku. Mój rozum nakazywał przestać jako, że jestem z Ivanem. Na nieszczęście moje serce i ciało przeważyło nad rozumem. Nagle usłyszałam kobiecy głos, który wykrzykuje moje imię. Oderwałam się od niego. Byłam cała rozpalona. On nie pozostawał mi dłużny. Spojrzałam mu w oczy. Były małe niż zazwyczaj i ciemne jak nigdy. Oddychaliśmy ciężko. On puścił mnie, a ja odsunęłam się na bezpieczną odległość. Jedyne co zdołałam powiedzieć mu to "zapomnij o tym" i uciekłam.
Kiedy wybiegłam pod dom, zobaczyłam Lolę, która chodzi dookoła i woła moje imię. Podbiegłam do niej i zapytałam nieświadoma tego jak wyglądam.
- Co się stało ?
Lola odwórciła się i spojrzała na mnie z nieukrywanym zdziwieniem.
- Co Tobie się stało ?
- Jak to ? - udawałam, że nie wiem o co chodzi.
- Wyglądasz jakbyś ... Nawet nie mogę Twojego wyglądu porównać z niczym. Spuchnięte usta, włosy w nieładzie, ciężki oddech, zamglone oczy. Soledad ! Wyglądasz jakbyś była ... jakbyś była z mężczyzną !
Powiedziała co wiedziała. Co ja miałam jej teraz powiedzieć ? Ivana nie ma, bo jest u siebie w hacjendzie. Zaśmiałam się ironicznie i odparłam.
- Niee no coś Ty. Ivan jest u siebie. Byłam w stajni i przewróciłam się. A co do ust. W pokoju wypróbowałam nową szminke i nie spodobała mi się i ztarłam ją dłonią. Tyle - i uśmiechnęłam się najbardziej szczerze jak mogłam.
Po jej wyrazie twarzy, ucieszyłam się, bo zauważyła, że ona uwierzyła w to.
- Aaa - i zaśmiała się niesztucznie - Przepraszam. Moja wyobraźnia i moje skojarzenia czasami nie są odpowiednie.
- Nie przejmuj się. A szukałaś mnie ? Co się stało ? - zapytałam wymijająco.
- Właśnie ! Chodzi o to, że potrzebuje Twojej pomocy ... - zaczęła niepewnie, a ja jedynie dałam jej znak, aby kontynuowała - Tak więc chodzi o to, że chciałabym, abyś poszła ze mną do mojego pokoju i pomogła wybrać sukienkę na fiestę u Dominguezów - i uśmiechnęła sie niepewna czy powinna to mówić.
- Nie ma problemu - i uśmiechnęłam się miło, co odwzajemniła.
- Na prawdę ?! - ucieszyła się.
- No tak, a czemu miałabym się nie zgodzić? To nic takiego.
- Cieszę się - i przytuliła mnie mocno.
- Miło mi.
Byłam zadowolona, że tak nie wielka rzecz, którą mogę zrobić, niektórych tak cieszy.
- To może Ty doprowadź się do porządku, bo jak ktoś Cię zobaczy to nie wiem... Może mieć podobne skojarzenia co ja i sama chyba nie chcesz jakiś niedomówień - i zaśmiała się cichutko.
- Racja. Święta racja. Lecę na górę, a Ty tym czasem przygotuj kreacje. Dobrze ? - uśmiechnęłam się, a ona tylko kiwnęła głową i poleciała na górę. Ja uczyniłam to samo....
*Perspektywa Carloty
Gdy skończyłam malować paznokcie u nóg - na mój ulubiony kolor, czyli czerwony - podeszłam do okna i zobaczyłam jak pod domem, Soledad przytula się z Lolą. Od razu zdenerwowałam się, ale postanowiłam nie robić z tego wielkiej awantury. Przecież nie mam prawa wtrącać sie w to, z kim koleguje się Soledad. Była moją przyjaciółką, a właściwie siostrą. Wiedziałam doskonale, że ona mnie nigdy dla nikogo nie zostawi. Może w głębi byłam troszeczkę zazdrosna, bo to normalne, ale nie ściskało mnie z nienawiści i zazdrości. Po chwili Lola pobiegła do domu i zaraz potem za nią, Soledad. Usiadłam na łóżku i wysłałam sms'a do jednej z koleżanek, które poznałam w internecie i powiadomiłam ją o wszystkim. Poszło około 7 sms'ów - tak się rozpisałam. Czekałam około 10 minut na odpowiedź, która była niewiele krótsza od mojej wiadomości. Uśmiechnełam się do siebie, bo wiedziałam, że oprócz Soledad mam jeszcze ją. Oczywiste jest to, że nikt, nigdy nie wejdzie na miejsce Soledad i to samo było wiadome w odwrotną stronę. Kochałam ją ponad wszystko i nigdy, ale to nigdy nie jest w stanie się zmienić. Byłyśmy jak bliźniaczki. Owszem, może nie podobne, ale zawsze razem.
W końcu paznokcie mi wyschły, więc zeszłam na dół i spotkałam panią Lucię. Zaproponowała mi herbatę i ciasto, na co przystałam. Gdy woda na herbatę zagotowała się, skierowałyśmy się do salonu i zaczęłyśmy rozmawiać na wszystkie tematy ....
---------------------------------------------------------------------------------------
*Perspektywa Soledad
Po obiedzie skierowałam się do pokoju, aby chwilę odpocząć. Posiedziałam kilka minut na łóżku przeglądając telefon. Odpisałam na sms'y znajomych z Polski i wyszłam z sypialni. Zeszłam na dół i wyszłam na dwór. Rozejrzałam się dookoła i skierowałam się na tyły hacjendy.
Myślałam o wszystkim co dzieje się w tym domu. Ja, Calota, Ivan, Marcos, Martin i Lola. To dopiero mieszanka wybuchowa. Ja jak natura nakazywała kłóciłam się cały czas z Marcosem. Carlota z Martinem i Lolą oraz Marcos z Ivanem. Przerastało mnie to wszystko. Nie wiedziałam chwilami co mam począć. Przebywałam tu od ponad 2 tygodni, a już stało się tak wiele. Bałam się pomyśleć, co będzie jutro. Co będzie za 2 tygodnie.
Kiedy tak szłam zamyślona, poczułam, że wpadłam na kogoś większego ode mnie. Poleciałam na ziemie. Spojrzałam w górę i zobaczyłam osobę, której nie chciałam widzieć. Marcosa. Spojrzał na mnie tym swoim zimnym wzrokiem. Zmróżył oczy i rzucił.
- Mogłabyś uważać jak chodzisz ?
Szybko podniosłam się z ziemi i spojrzałam na niego wściekła.
- Pan też mógłby uważać. Gdyby pan uważał to byśmy minęli się bez problemu - odparłam.
- Przepraszam bardzo, ale gdyby pani zainwestowała w okulary może wtedy byśmy się minęli bez przeszkód - powiedział z ironią.
- To pan jest starszy i może przyszedł czas przejść na emeryture hm ? - odpowiedziałam na jego ripostę.
- Z tego co wiem to Twój mężczyzna jest w tym samym wieku co ja. On także powinien przejść na emeryturę ? - zapytał ze sztucznym uśmiechem.
Myślałam, że nie wytrzymam. Podeszłam bliżej i wymierzałam w jego stronę, aby przyłożyć mu z liścia. On jednak był szybszy. Złapał mnie za nadgartek. Wykręcił rękę do tyłu - tym samym przybliżając się na niebezpieczną odległość. Działo się to wszystko tak szybko, że nawet nie zorientowałam się kiedy zaczął mnie całować, drugą ręką przytrzymywał moją głowę, gładząc moje włosy. Głupia ja zamiast go odepchnąć, odpowiedziałam na pieszczoty. Nasze języki splotły się i zaczeły wirować jak tancerze na parkiecie. Swoją drugą ręką gładziłam jego policzek. Całowaliśmy się coraz namiętniej. Puścił moją rękę, kiedy poczuł, że przestałam z nim walczyć. Złapał mnie za biorda i przybliżył je do swoich. Poczułam wielki przeszywający mnie dreszcz. Czułam jak unoszę się nad ziemią. Nie byłam świadoma właściwie co robię. Moje serce i ciało pragnęło jego pocałunków, pieszczot, dotyku. Mój rozum nakazywał przestać jako, że jestem z Ivanem. Na nieszczęście moje serce i ciało przeważyło nad rozumem. Nagle usłyszałam kobiecy głos, który wykrzykuje moje imię. Oderwałam się od niego. Byłam cała rozpalona. On nie pozostawał mi dłużny. Spojrzałam mu w oczy. Były małe niż zazwyczaj i ciemne jak nigdy. Oddychaliśmy ciężko. On puścił mnie, a ja odsunęłam się na bezpieczną odległość. Jedyne co zdołałam powiedzieć mu to "zapomnij o tym" i uciekłam.
Kiedy wybiegłam pod dom, zobaczyłam Lolę, która chodzi dookoła i woła moje imię. Podbiegłam do niej i zapytałam nieświadoma tego jak wyglądam.
- Co się stało ?
Lola odwórciła się i spojrzała na mnie z nieukrywanym zdziwieniem.
- Co Tobie się stało ?
- Jak to ? - udawałam, że nie wiem o co chodzi.
- Wyglądasz jakbyś ... Nawet nie mogę Twojego wyglądu porównać z niczym. Spuchnięte usta, włosy w nieładzie, ciężki oddech, zamglone oczy. Soledad ! Wyglądasz jakbyś była ... jakbyś była z mężczyzną !
Powiedziała co wiedziała. Co ja miałam jej teraz powiedzieć ? Ivana nie ma, bo jest u siebie w hacjendzie. Zaśmiałam się ironicznie i odparłam.
- Niee no coś Ty. Ivan jest u siebie. Byłam w stajni i przewróciłam się. A co do ust. W pokoju wypróbowałam nową szminke i nie spodobała mi się i ztarłam ją dłonią. Tyle - i uśmiechnęłam się najbardziej szczerze jak mogłam.
Po jej wyrazie twarzy, ucieszyłam się, bo zauważyła, że ona uwierzyła w to.
- Aaa - i zaśmiała się niesztucznie - Przepraszam. Moja wyobraźnia i moje skojarzenia czasami nie są odpowiednie.
- Nie przejmuj się. A szukałaś mnie ? Co się stało ? - zapytałam wymijająco.
- Właśnie ! Chodzi o to, że potrzebuje Twojej pomocy ... - zaczęła niepewnie, a ja jedynie dałam jej znak, aby kontynuowała - Tak więc chodzi o to, że chciałabym, abyś poszła ze mną do mojego pokoju i pomogła wybrać sukienkę na fiestę u Dominguezów - i uśmiechnęła sie niepewna czy powinna to mówić.
- Nie ma problemu - i uśmiechnęłam się miło, co odwzajemniła.
- Na prawdę ?! - ucieszyła się.
- No tak, a czemu miałabym się nie zgodzić? To nic takiego.
- Cieszę się - i przytuliła mnie mocno.
- Miło mi.
Byłam zadowolona, że tak nie wielka rzecz, którą mogę zrobić, niektórych tak cieszy.
- To może Ty doprowadź się do porządku, bo jak ktoś Cię zobaczy to nie wiem... Może mieć podobne skojarzenia co ja i sama chyba nie chcesz jakiś niedomówień - i zaśmiała się cichutko.
- Racja. Święta racja. Lecę na górę, a Ty tym czasem przygotuj kreacje. Dobrze ? - uśmiechnęłam się, a ona tylko kiwnęła głową i poleciała na górę. Ja uczyniłam to samo....
*Perspektywa Carloty
Gdy skończyłam malować paznokcie u nóg - na mój ulubiony kolor, czyli czerwony - podeszłam do okna i zobaczyłam jak pod domem, Soledad przytula się z Lolą. Od razu zdenerwowałam się, ale postanowiłam nie robić z tego wielkiej awantury. Przecież nie mam prawa wtrącać sie w to, z kim koleguje się Soledad. Była moją przyjaciółką, a właściwie siostrą. Wiedziałam doskonale, że ona mnie nigdy dla nikogo nie zostawi. Może w głębi byłam troszeczkę zazdrosna, bo to normalne, ale nie ściskało mnie z nienawiści i zazdrości. Po chwili Lola pobiegła do domu i zaraz potem za nią, Soledad. Usiadłam na łóżku i wysłałam sms'a do jednej z koleżanek, które poznałam w internecie i powiadomiłam ją o wszystkim. Poszło około 7 sms'ów - tak się rozpisałam. Czekałam około 10 minut na odpowiedź, która była niewiele krótsza od mojej wiadomości. Uśmiechnełam się do siebie, bo wiedziałam, że oprócz Soledad mam jeszcze ją. Oczywiste jest to, że nikt, nigdy nie wejdzie na miejsce Soledad i to samo było wiadome w odwrotną stronę. Kochałam ją ponad wszystko i nigdy, ale to nigdy nie jest w stanie się zmienić. Byłyśmy jak bliźniaczki. Owszem, może nie podobne, ale zawsze razem.
W końcu paznokcie mi wyschły, więc zeszłam na dół i spotkałam panią Lucię. Zaproponowała mi herbatę i ciasto, na co przystałam. Gdy woda na herbatę zagotowała się, skierowałyśmy się do salonu i zaczęłyśmy rozmawiać na wszystkie tematy ....
poniedziałek, 2 lipca 2012
"- Hej mamo."
Hola a todos ! Brawo ! Hiszpania wygrała Euro :) Mój mąż ślicznie bronił hue hue <3 Jestem zadowolona z Euro. Wynikiem zaskoczona dosyć i pewnie nie ja jedna. Teraz czekamy 2 lata na mistrzostwa świata :D Obstawiam Hiszpanię hehe ;p No dobrze kochani zostawiam Was z 11 :) Miłego czytania :) Komentujcie :)
-------------------------------------------------------------------------
*Perspektywa Carloty
Minął tydzień od czasu przyjazdu tej ladacznicy. Na każdym kroku sprzeczałyśmy się, a raz nawet doszło do rękoczynów. Miałam serdecznie dosyć tej kobiety.
Na dodatek nie mogłam zapomnieć o tym co zobaczyłam w ostatnią sobotę, kiedy zawitałam do sypialni Martina. Bolało mnie to niemiłosiernie. Dopiero teraz zrozumiałam, że zależy mi na nim i to bardzo. Miałam nie dopuścić do tego, aby coś do niego poczuć, ale to było silniejsze ode mnie.
Kiedy oderwałam się od wszystkich moich myśli apropo Martina, zorientowałam się, że jest ósma rano. Miałam jeszcze godzinkę czasu do śniadania. Postanowiłam, więc zadzwonić do mamy. Kiedy po drugiej stronie usłyszałam jej słodki głos, od razu rzuciłam.
- Hej mamo.
- Kochanie! Jak miło, że dzwonisz. Jak się bawisz ?
- Świetnie.
Skłamałam. Nie mogłam jej przecież powiedzieć, że zakochałam się w facecie o 7 lat starszym ode mnie. A na dodatek jego kuzynka sypia z nim.
- To bardzo się cieszę.
- No. A co tam u Was ciekawego słychać?
- Też dobrze. Tata Cię pozdrawia.
- Dziękuję bardzo. Także go pozdrów.
- Dobrze. Kochanie nie nabijaj sobie. Pozdrów Soledad i resztę rodziny i zadzwoń za kilka dni jak będziesz miała chwilę. Miłego dnia.
- Dobrze mamo. Na pewno zadzwonię. Kocham Was. Do usłyszenia - i rozłączyłam się.
Poszłam pod prysznic po czym ubrałam sie i poszłam do pokoju mojej przyjaciółki. Zapukałam do drzwi i kiedy usłyszałam "adelante!", weszłam do środka.
- Cześć skarbie - rzuciłam na powitanie.
- No hej hej kochana. Jak tam ? - zapytała rozpromieniona, malując sobie paznokcie na bezbarwny kolor.
- A dobrze. Dzwoniłam do mamy niedawno. Masz pozdrowienia od moich rodziców.
- Dziękuję bardzo. Ja też powinnam zadzwonić - oparła i po chwili zastanowienia rzuciła.
Gawędziłyśmy jeszcze chwilę i zeszłyśmy na śniadanie. Po śniadaniu poszłyśmy się przejść po okolicy. Jak to my - robiłysmy zdjęcia, śmiałyśmy się, wspominałyśmy, plotkowałyśmy. I tak do powrotu. Kiedy wróciłysmy, zdąrzyłyśmy tylko umyć się i odpocząć chwilę i zaraz schodziłyśmy na obiad. Po obiedzie rozstałysmy się. Ja poszłam do pokoju, a ona poszła przejść się po hacjendzie.
*Perspektywa Loli
Odkąd tu przyjechałam i zobaczyłam tą gówniarę, od razu zaczęło się we mnie gotować. Czasami też słyszałam, że między nią a Martinem jest jakaś chemia. Nie podobało mi się to bardzo i nie mam najmniejszego zamiaru pozwolić na to, aby było coś więcej między nimi. Poza tym co ona ma do zaoferowania ? Pff lalki Barbie ? Hahaha ! Ja przynajmniej mam kobiece kształty. Nie to co ta mała lala. Nie polubiłyśmy się i cała hacjenda od razu to zauważyła. Raz doszło także do rękoczynów i Martin z Marcosem musieli nas rozdzielać. Oczywiście tak oczerniłam tą sukę, że Martin stanął po mojej stronie. Marcos jak to Marcos. Co go nie dotyczyło to się nie mieszał.
Jednak muszę przyznać, że polubiłam Soledad. Wiadome było, że nigdy nie będziemy się świetnie dogadywać jako, że Carlota jest jej najlepszą przyjaciółką i ja to szanowałam. Oczywiście Soledad nie rzucała się na mnie i nie wyzywała mnie. Nie wiem co robiła za plecami, ale w moim towarzystwie była całkiem miła. W sumie ma rację. Po co ma sobie problemy robić. Z tego co się zorientowałam to jest z Ivanem, który jeszcze niedawno był szkrabem, bawiącym się z nami w piaskownicy. Ależ ten czas szybko leci. Natomiast wracając do Soledad, zauważyłam, że jest coś - może nie chciane, ale jest - pomiędzy nią a Marcosem. Czuć było, że żywili do siebie niechęć, ale taką niechęć, w której była i fizyka i chemia. Ale co ja się będę mieszać. Ona nie miesza się w moje życie i ja nie zamierzam także w jej życie włazić. Pamiętam też, że tego samego dnia, kiedy pobiłam się z Carlotą, przyszła do mnie do pokoju. Na spokojnie jak normalny człowiek próbowała uspokoić napięcie, które było pomiędzy mną a Carlotą. Powiedziała, że rozmawiała już ze swoja przyjaciółką i także z nią nie jest łatwo. Jednak nie ładnie to będzie wyglądać jak wszystkie hacjendy do okoła dowiedzą się, że tu jakaś przemoc domowa jest. A żadna z nas nie chce oczerniać tej wspaniałej rodziny. Tak więc poszłyśmy do Carloty, aby z we trzy to załatwić. Oczywiście Soledad stała pomiędzy nami, abyśmy nie rzuciły się na siebie. Zrozumiałe było, że się nie pogodzimy, ale tak jak zaproponowała Soledad - nie bić się, nie robić awantur na cały dom i całą hacjendę. Jeżeli mamy jakiś problem to do jednej do pokoju i tak się kłócić. Bo co jak co, ale nikt nie ma ochoty słuchać wulgaryzmów jakie przeciwko sobie wystawiamy. Po spotkaniu każda poszła w swoją stronę, aby odpocząć po dzisiejszych emocjach i wrażeniach.
Nie miałam już siły nad tym wszystkiem myśleć. Postanowiłam przespać się godzinkę, a potem szykować się na obiad.
niedziela, 24 czerwca 2012
"- Cii ... Nie mów nic ... "
Hola ! :) Hiszpania wygrała 2:0 z Francją, co bardzo mi się podobało :)) Dużo wspominali i pokazywali mojego męża A.A. <3 Anglia z Włochami zremisowała. No dobrze ja tu gadu gadu, a rozdział sam się nie przeczyta i reszta rozdziałów sama się nie napisze ;p Czytajcie, komentujecie :) PS. Przepraszam, że taki krótki, ale przynajmniej akcja jest :) Hasta Luego <3
-----------------------------------------------------------------------
*Perspektywa Marcosa
Kiedy wróciliśmy było już po pierwszej w nocy i wszyscy spali. Tak więc pożegnałem się z bratem i poszedłem do swojej sypialni. Położyłem się i rozmyślałem nad tym co wydarzyło się w barze ..
Zaczeło się od wypicia kilku kieliszków czystej, po których poszedłem na parkiet i zobaczyłem ją ... Dziewczyna przypominająca Soledad. W świetle barowych reflektorów wyglądała jak ona. Podszedłem do niej, złapałem ją w pasie, przyciągnąłem do siebie. Na co ona zawiesiła swoje ręce na mojej szyi, po czym szybowaliśmy po parkiecie. Gdy zespół zagrał wolnego, pocałowałem ją. Sam nie wiem czemu. Wydawało mi się, że to Soledad. Że to z nią tańczę. Że to z nią się całuję. Ona na nasze nieszczęście zaczęła odwzajemniać te pocałunki. Tak więc ja szepnąłem jej do ucha, abyśmy poszli do toalety. I tak jak powiedziałem, tak zrobiliśmy. Wepchnęła mnie do kabiny. Zdjęła ze mnie bluzkę, a ja z niej sukienkę. I nagle ... wyszeptałem imię, które nigdy nie powinno mi przejść przez gardło, a tym bardziej w takiej sytuacji - Soledad. Kiedy ona to usłyszała, odepchnęła mnie od siebie, przyłożyła liścia w policzek, zabrała sukienkę i wyszła z kabiny. A ja zostałem tam sam. Po dłużej chwili wyszedłem, zabrałem brata i wróciliśmy do domu. I tak oto teraz jestem w swojej sypialni.
Po tych rozmyśleniach, postanowiłem nie przejmować się tą dziewczyną. Właściwie to i jedną i drugą. Tym bardziej, że ta druga jest szczęśliwa z moim przyjacielem... Kurcze ! Bolało mnie to, ale co ja mogłem zrobić. Ona czuła do mnie nienawiść i wcale jej się nie dziwię. Teraz jednak jest za późno to raz, a dwa - nie będę teraz nagle milutki i kochany dla niej, bo wszyscy by się zorientowali, że coś knuję. Ta dziewczyna, zraniła moją męską dumę. A to mężczyzne zawsze boli. Tak też zdecydowałem, iż dam spokój temu wszystkiemu. Jednak łatwiej powiedzieć, a trudniej zrobić ....
*Perspektywa Martina
Sobota. Dzisiaj miała przyjechać Dolores, a jutro miało być przyjęcie u Lopezów - Dominguezów. Jednak z powodów zdrowotnych pani Dominguez, przełożyli przyjęcie na następną niedzielę. Miałem wielki mętlik w głowie Po tym co się stało dwa dni temu, Carlota w ogóle nie odchodziła od moich myśli. Nie wiedziałem co mam robić. Wariowałem na jej punkcie. A dzisiaj ... A dzisiaj miał dojść kolejny problem - kolejna kobieta. Moje rozmyślenia przerwało pukanie do drzwi mojego pokoju. Była to Lola.
- Cześć słońce - rzuciła i podeszła do mnie, czule całując mnie w oba policzki .
- Witaj Lola.
- Co Ty taki nie swój ?
Zapytała, siadając bardzo blisko mnie na łóżku.
- Ja ? Taki sam jak zawsze ... - odparłem zamieszany.
Ona jedynie jedną dłonią głaskała mnie po karku, a drugą włożyła pod moją koszulę i prowadziła nią po mojej całej klatce piersiowej.
- Lola ...
Chciałem wybronić się z tej sytuacji, ale nie dała mi dokończyć. Nim się obejżałem siedziała już okrakiem na mnie.
- Cii ... Nie mów nic ... - szepnęła i pocałowała mnie.
Całowała namiętnie, a ja zamiast ją odepchnąć, odpowiedziałem na jej pieszczoty. Jednak niedługo żałowałem swej decyzji. Do pokoju, którego drzwi były uchylone, zajrzała Carlota.
- Oj! Przepraszam ...
Po usłyszeniu jej głosu, zrzuciłem Lolę obok na łóżko i zamieszany nie odzywałem się. Natomiast Lola zapytała z wściekłością w głowie.
- Co się stało ?
- Pani Lucia woła wszystkich do salony, aby napić się herbaty i zasmakować ciasta, upiecznego właśnie przez nią.
Dobrze. Zaraz zejdziemy - odparła Lola po czym poprosiła, aby Carlota zamknęła drzwi.
Chwilę później wszyscy siedzieliśmy w salonie. Łącznie z Lolą i Ivanem
sobota, 23 czerwca 2012
"To co ... To co się teraz wydarzyło ... "
Hola ! Dzisiaj gra Hiszpania ! W tym mój mąż Alvaro Arbeloa <3 Wiem, że czekacie na nexta, a że dzisiaj miałam taką wenę, że napisałam 2 rozdziały to daję Wam dzisiaj :) W poniedziałek także dam :) Oczywiście jest to jednorazowe, ze względu na to, że 1. Hiszpania gra 2. Napisałam dzisiaj 2 rozdziały, co się rzadko zdarza. A więc zapraszam do czytania :) ¡Viva España! Vamos ! Pokażmy Francji co znaczy FOOTBALL !
*Perspektywa Martina
Po obiedzie zrobiłem się dość senny, więc poszedłem do pokoju, przespać się trochę. Jednak kiedy położyłem się, nie mogłem zasnąć. Dzisiaj dowiedziałem się od mojego ojca, że w piątek, czyli za dwa dni, przyjeżdża do nas Dolores.
Dolores to córka ojca z pierwszego związku. Miała 28 lat. Tak. Miała roczek kiedy to Marcos pojawił się na świecie. Jej matka, senora Victoria, umarła kiedy ona miała zaledwie 8 miesięcy. Nasze matki chodziły razem do szkoły, nie były zaprzyjaźnione, ale nie były do siebie także wrogo nastawione. Jednak zanim matka Dolores umarła, na łożu śmierci poprosiła moją matkę, aby zaopiekowała się naszym ojcem jak i Dolores.
Teraz Dolores jest dorosłą i niestety piękną, pracującą kobietą. Z tego co dobrze mi wiadomo pracuje jako księgowa u swych krewnych, od strony pani Victorii, w Kolumbii. Nie wiem dokładnie gdzie, ale w jakimś mieście położonym niedaleko granicy Meksyku i Kolumbii. Tak jak mówił mi niedawno ojciec, wzięła sobie urlop i ma do nas zagościć. Nie była dla mnie to boska wiadomość, ponieważ Dolores zawsze zalecała się do mnie, a ja nie umiałem jej odepchnąć i zawsze wszyscy myśleli, że czujemy do siebie nawzajem sympatię. Nie mam pojęcia czy nie umiałem czy też nie chciałem. Jednak teraz nie bardzo tego chciałem, ponieważ w naszym domu również mieszka ... Carlota. Eh... Miałem sobie ją odpuścić, lecz nie umiem. Próbowałem, ale to silniejsze ode mnie. Nie wiedziałem co ta dziewczyna ze mną zrobiła. Nie wiedziałem jaki czar rzuciła. Jednak byłem świadomy tego, iż on zadziałał.
Myślałem jeszcze chwilę, a potem zanurzyłem się pod koc, leżący u skraju łóżka i odpłynąłem do krainy snów....
Poczułem jak ktoś smyra mnie po włosach. Kiedy otworzyłem oczy, nie wiedziałem czy śnię czy nie. Na skraju mojego łóżka siedziała piękna i młoda dziewczyna. Była to Carlota, która patrzyła się na mnie tymi zielonymi oczami, które hipnotyzowały od razu, kiedy w nie spojrzałeś.
Kiedy dotarło do mnie, że ona na prawdę tu jest, w ciągu sekundy podskoczyłem i usiadłem na łóżku. Po chwili rzuciłem.
- Co Ty tu robisz ?
- Budzę Cię, bo za 10 minut jest kolacja - odparła zmieszana.
Otarłem oczy i zobaczyłem dopiero teraz jej śliczną urodę. Te kręcone, w odcieniu ciemnego-blodu, włosy. Zielone, wypełnione wielką miłością oczy oraz piękne i namiętne usta. Niczego bardziej nie pragnąłem w tym momencie, jak tulić ją do siebie i całować po całym ciele, odkrywając różne zakamarki jej ciała. Z krainy marzeń wyrwał mnie jej leciutki głos.
- Czemu tak mi się przyglądasz ?
- Przepraszam. Zamyśliłem się - odparłem z trudem.
- Rozumiem - uśmiechnęła się niepewnie, co odwzajemniłem - To ja już zejdę na dół i Ty też zaraz schodź, bo Twój tata po Ciebie przyjdzie.
Kiedy wstawała, pomyślałem "teraz albo nigdy". Złapałem ją, przyciągnąłem do siebie i zacząłem całować. Całowałem ją zachłannie i nachalnie. Nie mogłem się opanować tak jak też nie chciałem. Nie czekałem długo na odpowiedź. Carlota zaczęła oddawać mi pocałunki. Całowała namiętnie jak też zachłannie. Zaciągnąłem ją na łóżko i tak znalazła się na mnie. Głaskałem jej plecy, pośladki. Gładziłem włosy. Czułem się jak w raju. Mógłbym spędzić z nią tak całe życie ... Dobry Boże ! Jakie całe życie ?!
Nagle poczułem jej usta na swojej szyi, podbródku, policzkach. Od razu przeszedł mnie dreszcz po całym ciele. Moje ręce powędrowały pod jej bluzkę, na co ona oderwała się ode mnie i wyszeptała, ledwie łapiąc puls.
- Musimy iść ...
Zeszła ze mnie po czym poprawiła sobie ubranie i fryzurę i dodała.
- Nie chciałbyś, tak samo jak i ja, aby znów ktoś nas przyłapał, prawda ?
Nie mogłem przez chwilę złapać oddechu. Jednak po chwili odparłem, łapiąć powietrza do płuc.
- Prawda ...
Carlota odwróciła się bez słowa i skierowała się do drzwi, kiedy złapałem ją lekko za rękę, w celu zatrzymania jej. Odwróciła się lekko, trzymając się na bezpieczną odległość.
- Posłuchaj ... To co ... To co się teraz wydarzyło ... Nie chciałbym, aby ktoś się o tym dowiedział, tak jak i Ty zapewne... - rzuciłem.
- Spokojnie. Nikt oprócz nas nie wiem o ogrodzie, no z wyjątkiem dziadka, a o tym, tym bardziej nikt się nie dowie ... Możesz być spokojny. Nie będę biegała o czwartej rano w piżamie po hacjędzie i krzyczała "Prawie się przespałam z Martinem ! Ludzie ! Słuchajcie ! Leżałam na Martinie i prawie doszło do czegoś!". Nie jestem z takich ... - odwróciła się i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Nie miałem innego wyboru jak pozbierać się i dołączyć do stołu przy kolacji. I tak jak postanowiłem, tak też zrobiłem. Kiedy pojawiłem się w jadalni, byli już tam wszyscy. Nawet ... Ivan ... Był uśmiechnięty od ucha do ucha. Tak samo jak Soledad oraz moi rodzice. Marcos nie był w humorze. Widac było, że ma kaca, a na dodatek można było wyczytać z wyrazu jego twarzy, że nie jest zachwycony obecnością Ivana w naszym domu, obok Soledad. Siedział też dziadek i .. Carlota. Siedziała w milczeniu. Można było zauważyć, iż myślami na pewno nie jest w jadalni. Ciekawe o czym tak myślała .... Może o tym co stało się jeszcze tak niedawno w mojej sypialni ....
Przestałem rozmyślać i uśmiadłem do stołu. Ojciec zmówił modlitwę, po czym zaczęliśmy jeść w ciszy, którą za chwilę przerwała mama, zwracając się do Soledad i Ivana.
- Dobrze się bawiliście ?
- Tak. Bardzo dobrze - odparł Ivan i uśmiechnął się do Soledad, co ona odwzajemniła.
- To się cieszę.
- A ja nie - wtrącił się Marcos i zaśmiał się ironicznie.
- Synu, nie zaczynaj - ostrzegł go nasz ojciec.
- A ja nic nie zaczynam. Tylko mówię, że ja się nie cieszę i tyle - dokończył jedzenie i dodał - Ja dziękuję. Jadę do Alaski. Dobranoc wszystkim.
- Synku, zostań w domu - prosiła mama.
- Po co ? Żeby patrzeć jak oni się do siebie łaszą ? - zaśmiał się ironicznie - Nie dziękuję.
- Ja pojadę z nim - wtrąciłem się - Postaramy się nie wrócić za późno, ale jak coś to mam klucze - dodałem i wstałem od stołu, po czym wyszliśmy.
Wyszliśmy przed hacjendę i kierowaliśmy się w stronę samochodu.
- No i po co ze mną jedziesz ?
- Bo też chcę się napić - odparłem.
- Coś się stało ? - zapytał niewzruszony.
- Niee
- No przecież widzę - upierał się.
- Opowiem Ci w klubie - odparłem.
- Ok.
Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy.
poniedziałek, 18 czerwca 2012
- Przykro mi jednak ja na prawdę nie umiem.
*Perspektywa Soledad
Byłam padnięta. Wróciłyśmy po godzinie piątej. Obiad nas ominął w domu, ale nie na rynku. Tam zjadłyśmy sobie obiad po zakupach i wróciłyśmy. Kupiłyśmy po dwie eleganckie sukienki, które na nas wyglądały tak:
Kiedy dyliżans podjechał pod hacjendę, przywitał nas pan Guillermo.
- Witam moje księżniczki.
- Witamy - przywitałyśmy go równocześnie z Carlotą.
- Jak zakupy ? Udane ?
- Sądzę, że tak, ale zdanie to do dziewczynek należy - i oboje spojrzeli się na nas.
- Oczywiście, że tak ! - krzyknęła Carlota, wychodząc z dyliżansu.
- To się cieszę. Jadłyście coś ? - uśmiechnął się, pytając.
- Tak, tak - odparłam i odwzajemniłam uśmiech.
- No dobrze to chodźcie do domu.
Poszedł pierwszy razem ze swą małżonką pod rękę, a my za nimi. Szeptałyśmy sobie jaką to mamy ochotę widzieć Marcosa i Martina. O dziwo, kiedy weszłyśmy był Martin, ale nie z Marcosem, a z Ivanem. Wstał, przywitał panią domu. Podszedł do Carloty, przedstawił się i podszedł do mnie. Spojrzał mi w oczy i delikatnie pocałował mnie w policzek.
- Cześć ślicznotko. Miło Cię widzieć.
- Witaj. Ciebie również miło widzieć - uśmiechnęłam się co odwzajemnił.
- Przejdziemy się ? - zaproponował nagle.
- Chętnie, jeżeli ...
- Nie, nie będziemy mieć maleńka nic przeciwko - odparła pani domu.
- A więc ? - spojrzał się na mnie i podał mi ramię abym mogła się oprzeć - Idziemy ?
Ja złapałam go pod ramię i odparłam.
- Idziemy - i uśmiechnęłam się.
Z tyłu usłyszeliśmy tylko krzyk pani Rodriguez.
- Miłego popołudnia !
Właśnie wsiadaliśmy na konia, kiedy do hacjendy przygalopował na koniu, Marcos.
- No jeszcze tego tu brakuje.
Myślałam, że powiedziałam to dość cicho. Jednak Ivan to usłyszał i odparł.
- Nie lubisz go, prawda ?
- Tak, od początku. Kiedy go tylko zobaczyłam, wiedziałam, że nie będziemy za soba przepadać.
- No rozumiem - i uśmiechnął się po czym złapał za rękę i dodał - Trzymaj się.
I ruszyliśmy nie zważąjąc na to, że Marcos podchodził w naszą stronę. Byłam wdzięczna Ivanowi, że zrobił tak, a nie szukał zaczepki u tamtego wariata.
Właściwie to nigdy, nic nie miałam do Ivana. Odkąd go poznałam, wydawał mi się miły, symatyczny, uroczy, kochany, opiekuńczy. Przy nim czułam się kobietą, a nie jakąś smarkulą jak przy Marcosie. Uwielbiałam go.
Nagle z rozmyśleń wyrwał mnie Jego głos.
- O czym tak rozmyślasz ?
- O kim nie o czym - i zaśmiałam się cicho.
- A o kim ? Jeżeli oczywiście można wiedzieć - uśmiechnął się cwaniacko.
- A no nie wiem czy można - i ponownie się zaśmiałam, a on ze mną.
- Ooo. Tu schodzimy.
Przerwał na chwilę, aby zatrzymać konia, zejść z konia i mnie samą zdjąć.
Kiedy jego dłonie zatrzymały się na moich biordrach, poczułam dreszcz. Nie wiem czemu, ale poczułam się conajmniej dziwnie. Tak jak nigdy dotąd...
Postawił mnie na ziemi i spojrzał mi w oczy. Jednak nie trwało to długo. Po chwili odwrócił się ode mnie i powiedział.
- Pięknie tu.
- O tak. Przepięknie tutaj jest - odparłam.
Nie wiedziałam czemu, ale miałam wrażenie jakby Ivan bał się do mnie zbliżyć. Nie miałam pojęcia dlaczego. Nic takiego przecież nie zrobiłam, co mogło mnie odsunąć od niego. Chyba że ... Nie to nie możliwe ... A może ... A może uwierzył w to, co powiedział wczoraj Marcos. Że niby chce mu wskoczyć do łóżka i takie tam. Boże ! Jeżeli on w to uwierzył ? Dobry Boże ! Co ja mam zrobić ?! Nie powiem mu przecież, że to nie prawda, bo i tak by w to nie uwierzył !
Dłużej nie mogłam o tym myśleć, ponieważ Jego głos przerwał mi tę czynność.
- O czym znów tak rozmyślasz ? - i zrobił podejrzliwą minę.
Spojrzałam na niego z lekkim lękiem na duszy, ponieważ domyślałam się, co on ma na myśli. Z jednej strony nie dziwię mu się, bo mnie jeszcze nie zna, a Marcos jest jego przyjacielem i ma obowiązek wręcz wierzyć mu. Lecz z drugiej strony bolało mnie to, że Ivan może w to wierzyć. Było mi przykro. Postanowiłam jednak nie poddawać się.
- O przyjęciu, który odbędzie się w weekend i z niewiadomych przyczyn ja i Carlota zostałyśmy zaproszone.
- No dobra, już dobra. Poddaję się - podniósł ręce w geście poddania się - Chciałem, abyś była obecna na tym przyjęciu i mam wielką nadzieję, że będziesz.
- Tak będę i nawet mam już sukienkę - odparłam i uśmiechnęłam się szeroko.
- Miło mi będzie, jeżeli dasz się porwać chociaż raz do tańca - odwzajemnił uśmiech.
- Ale ja nie umiem ....
- Uwiesz, że umiesz - przerwał mi w połowie zdania - Poza tym każdy umie. Trochę lepiej, trochę gorzej, ale każdy umie - zaśmiał się.
- Przykro mi jednak ja na prawdę nie umiem.
Odpowiedziałam, a on w ułamku sekundy znalazł się u mego boku. Ułożył ręce do tańca. Jedna powędrowała na moje biodro. Druga zaś wyciągnięta, czekała na moją dłoń. Tak więc podałam mu jedną rękę. A drugą powędrowałam na jego ramię.
- No to zaczynamy - i ruszyliśmy w wir tańca.
Ja, osobiście, cały czas się śmiałam. On udawał, że zachowuje powagę, lecz mu to nie wychodziło najlepiej. Tańczyliśmy i tańczyliśmy. Czułam się jakbym unosiła się nad ziemią. Było mi przy nim tak dobrze.
Nagle Ivan zatrzymał się. Złapał mnie mocniej wpasie, tym samym bardziej przyciągając mnie do siebie. Ręką, która trzymała moją dłoń, ujął mój policzek i delikatnie musnął moje wargi. Póżniej spojrzał mi w oczy i powiedział.
- Mam nadzieję, że nie jesteś taka jak mówił Marcos - i ponownie musnął moje usta.
Odsunęłam się od niego i zapytałam.
- A czy ja mogę mieć nadzieję, że mu nie wierzysz ?
- Możesz. Pragnę tylko nie zawieść się tą nadzieją.
Odpowiedział i musnął ponownie moje wargi, na co ja pocałowałam go. Długo nie musiałam czekać na odpowiedź. Nasze języki rozpoczęły wirujący taniec uczuć. Czułam się jakby świat zniknął. Jakby nie było problemów, innych ludzi i całego świata. To właśnie on dawał mi uczucie, którego jeszcze nigdy nie doznałam u żadnego mężczyzny. Przy nim zapomniałam o wszystkim i wszystkich. Nawet o Marcosie ....
Całowaliśmy się tak dłuższą chwile. Nasze ciała rozpalały się, a nasze dusze płoneły.
Nagle Ivan oderwał się ode mnie, ujął moją twarz w dłonie i wyszeptał.
- Jeszcze nigdy nie czułem czegoś takiego przy żadnej kobiecie.
- A ja jeszcze nigdy nie czułam się tak dobrze przy żadnym mężczyźnie jak przy Tobie.
- Naprawdę ? - uśmiechnął się tak, jakby cała masa szczęścia spadła mu z nieba.
- Tak, naprawdę.
Odpowiedziałam i cmoknęłam jego dłoń, która dotykała mojego policzka. Znów mnie pocałował. Tym razem to ja odpowiedziałam na jego pocałunki. Znów nasze języki zaczeły ten cudowny taniec...
poniedziałek, 11 czerwca 2012
[...] Skoro mnie nie zdobyła to weźmie się za Ciebie ... [...]
*Perspektywa Marcosa
Kiedy moja mama wraz z naszymi gośćmi pojechały na zakupy, ja postanowiiłem złożyć wizytę Ivanowi. Chciałem wyjaśnić z nim pare spraw dotyczących min. Soledad. A właściwie tylko Soledad. Wiem, że to nie mądre, ale moje emocje były silniejsze od rozumu. Po za tym chciałem dać nauczkę tej małej gówniarze, za to jak mnie traktowała. Wsiadłem na konia i pogalopowałem na posiadłość Lopezów. Kiedy tam wjechałem, zauważyłem jak Ivan rozmawia z jednym ze swoich pracowników.
- Ooo witaj drogi bracie. ! - uśmiechnął się czego ja nie odwzajemniłem.
- Witaj
- Co Cię do mnie sprowadza ? - zapytał kiedy schodziłem z konia - Interesy ?
- Nie ..
- Soledad ?
- Tak. Cóż chciałbym Ci tylko powiedzieć, żebyś nie angażował się za bardzo, ponieważ ona ma chłopaka w Polsce,z którym jest już hmm 3 lata z tego co dobrze się orientuję - zmyślałem jak popadnie - To jest dość poważny związek także wiesz - i uśmiechnąłem się do niego. Jemu jednak nie było do śmiechu - Ona Ci tego nie powiedziała, ponieważ .... - zawachałem się na chwilę, aby wyglądało to bardzo realistycznie.
- Ponieważ ? - zapytał zniecierpliwiony
- Słyszałem jak rozmawiała z Carlotą, tą swoją przyjaciółką i mówiła, że skoro mnie nie zdobyła to weźmie się za Ciebie ... Z tego co się orientuję to chodzi o jakiś zakład....
- Kłamstwo !!! Soledad ?!!! Proszę Cię ! To nie ten typ dziewczyny....
- Tak sądzisz ? A ile ją znasz ? Na pewno nie dłużej niż ja - postanowiłem nie odpuszczać, choć doskonale wiedziałem, że to co powiedział jest prawdą.
- Nie znam jej dłużej niż Ty, ale Ty też nie znasz jej zbyt długo. A napewno nie na tyle żeby wyrobić sobie podobną opinię do tej jaką wyrobiłeś, braciszku.
- Może i to głupie, ale zdąrzyłem. Po za tym nawet jak się do niej zbliżyłem, nie protestowała... - to akurat była prawda.
- Nie wiem. Nie wnikam w to czy ona coś do Ciebie czuje czy nie, ale wiem, że nie masz prawa o niej tak mówić !
- Bo co ?
- Bo ona na to nie zasługuje !
- Właśnie zasługuję na jeszcze większe pogardy !
Nagle poczułem ból i upadłem na ziemię. Dopiero potem dotarło do mnie, że Ivan, mój najlepszy przyjaciel, uderzył mnie. Pierwszy raz w życiu mnie uderzył.
- Chłopie uspokój się ! - krzyknąłem po czym podniosłem się z ziemi.
- Nie masz prawa tak o niej mówić !
Miał taki ton i taki wyraz twarzy, że myślałem, iż mnie zabije.
- Ivan, hamuj się ! Ja Ci tylko mówię prawde ....
Znów chciał mnie uderzyć, ale byłem szybszy. Złapałem go za nadgarstek, wykręciłem mu rękę i trzymałem dopóki się nie uspokoił. Kiedy nastała ta chwila puściłem go i wsiadłem na konia.
- Facet, ja wiem, że Cię to może boleć, lecz cóż ja Ci poradzę, że ona taka jest ? - rzuciłem i odjechałem.
Nie mogłem uwierzyć w to jak się zachował Ivan, mój przyjaciel, którego poznałem, kiedy bawiłem się w piaskownicy i uczyłem jeździć na kucykach. Ta dziewczyna zawróciła mu ostro w głowie, ale nie tylko jemu ....
*Perspektywa Ivana
Kiedy Marcos odjechał, ja stałem jak wmurowany na środku posiadłości mojego rodu. Nie wiedziałem kompletnie co myśleć. Moje uczucia były mieszane, a głowa pękała od różnorodnych myśli.
Z jednej strony jest to niemożliwe, żeby taka niewinna i mloda dziewczyna była wredną i zimną suką. Jednak z drugiej mogła tylko taką udawać. A Marcos mógł mieć rację. W końcu nie miał podstaw, żeby mnie okłamywać.
Postanowiłem pojechać tak jak obiecałem do Soledad po obiedzie. Poszedłem więc do domu, aby napić się whisy. Potem pojechałem do rodziny sąsiadującej, do rodziny Sanchezów.
Od dziesięciu lat to ja zajmuję się księgowością oraz sprzedarzą i kupnem bydła w naszej rodzinie. Byłem z tego dumny i zadowolone, że ojciec powierzył mi cały majątek mnie.
Kiedy wjechałem na ich posiadłość, niska w średnim wieku kobieta powitała mnie czułym uśmiechem.
- Hola Ivan. Como estas?
- Hola senora Sanchez. Gracias, muy bien y usted ?
- Tambien, gracias. Mój mąż siedzi w swoim gabinecie. Wejdź - uśmiechnęła się i wskazała rękę na duży dom w stylu prawdziwego dzikiego zachodu.
- Panie przodem.
- Dziękuję - i ruszyła ku domu, a ja za nią.
Minęła dobra godzina zanim wyszedłem z domu Sanchezów.
Pożegnałem wszystkich i udałem się do swojej hacjendy, aby wziąć szybki prysznic i odwiedzić Soledad.
Na samą myśl o spotkaniu z nią, miałem dziwne uczucia. Serce mówiło mi to nie dziewczyna z zimną krwią. Rozum mówił Ivan nigdy by Cię nie okłamał. Nie wiedziałem co o tym myśleć. Postanowiłem więc jechać tam z podejściem "sea lo que sea"....
czwartek, 7 czerwca 2012
- To może niech ją poprosi o rękę...
Hola a todos :) Hmm dzisiaj zaczyna się Euro. Wczoraj byłam na strefie kibica :D W sumie fajnie było :) Z tatą przeżywaliśmy tylko ile to kasy musiało na to iść hehe :D Tyle pieniędzy to co najwyżej jakiś polityk rocznie zarabia ;p Skoro po drodze minęłam ok. 50 toi toiów,a to też kosztuje <lol2> Dobra skończę te moje cudowne wyznania. AAAA ZAPOMNIAŁAM POWIEDZIEĆ, ŻE TERAZ ROZDZIAŁY BĘDĄ TYLKO W PONIEDZIAŁKI. Wybaczcie mi, ale nie mam innego wyjścia. Zostały mi tylko 2 rozdziały do przodu i muszę nadgonić hehe :) Potem jak będę miała ich więcej to będę znów dawała w poniedziałki i w piątki :) Dobra koniec. Czytajcie i komentujcie. Los a raczej Las amo <3 hihi
Ps. Za wszelkie błędy przepraszam
-----------------------------------------------------------------------------
*Narrator
Przez to całe zamieszanie z Marcosem i Soledad, kolacja została przełożona na godzinę dwudziestą. Soledad z Carlotą własnie wyszły z pokoju i kierowały się po schodach w stronę jadalni, gdzie czekali na nie już dziadek i państwo Rodriguez. W tym samym czasie co dziewczyny pojawił się także Martin. Natomiast Marcos po zimnym prysznicu zapadł w głęboki sen. Sen dobrze mu zrobie - tak jak to stwierdziła Carlota. Kiedy wszyscy, prócz Marcosa, byli już obceni na kolacji, odmówili modlitwę i w ciszy zaczęli jeść. Żadne z całej szóstki nie wiedziało, co powiedzieć. Jak zacząć rozmowę, aby nie zgorszyć atmosfery, panującej w tym domu. W końcu pan Rodriguez odważył się zabrać głos.
- Lucio, będę potrzebował jutro Twojej i dziewczynek pomocy - uśmiechnął się do obu nastolatek po czym kontynuował - Chciałbym, abyś pojechała z dziewczynkami do centrum handlowego i pokupowała sobie i naszym księżniczkom jakieś ubrania.
Dziewczyny spojrzały się na siebie i natychmiast, jedna przez drugą, zaczęły prostestować.
- Nie ! - krzyknęła Soledad
- Nie, nie i nie ! Nie zgadzamy się !
- Dokładnie ! Nie potrzebujemy ubrań. Mamy ich w nadmiar. Poza tym nie jesteśmy materialistkami i jesteśmy w tym wieku, że same sobie możemy fundować ubrania - rozwinęła Soledad.
- Soledad ma rację. Nigdy nie byłyśmy i nie będziemy materialistkami, które bez żadnej pracy dostają prezenty, ubrania czy cokolwiek innego. Co jest kosztowne - poparła ją Carlota.
Kiedy już dziewczyny ucichły, Guillermo zabrał głos.
- Mogę ? - dziewczyny tylko pokiwały głowami twierdząco - Dziękuję. Wiem, że dla Was może być to trudne do przełknięcia, ale tak będzie. Po za tym w przyszłym tygodniu jest fiesta u Lópezów. Chciałbym, abyście również były tam obecne. Nie tylko dlatego, że ja chcę Was tam zabrać, to również zostałyście zaproszone przez gospodarza tamtej hacjendy.
- Skąd ta rodzina wie, że my jesteśmy u państwa ? - zapytała zaciekawiona Carlota.
Lucia i Guillermo spojrzeli miłym spojrzeniem na Soledad, na co ona zaczerwieniła się i schowała buzię w dłoniach. Carlota tylko zerknęła na nią ze zdziwieniem.
- No co ? - zapytała śmiejąc się nerwowo, cała zaczerwieniona.
- Dlaczego państwo tak na nią patrzą ? - Carlota skierowała wzrok ku małżeństwu.
- Wydaje mi się, że to ze względu na naszą księżniczkę jesteście zaproszone i to jest na pewno zasługą Ivana - odparła cwaniacko pani domu.
Dziewczyna jeszcze bardziej zaczerwieniła się i spojrzała zawstydzonym wzrokiem na Lucię.
- Tak. Z tego co słyszałem od starego Lópeza to wpadłaś Ivanowi w oko. I to tak solidnie - dodał Guillermo .
- To może niech ją poprosi o rękę - odezwał się z tyłu męski, irytujący, zachrypnięty głos.
Wszyscy jak na wznak, oprócz Soledad, odwrócili się. Ona nie musiała. Poznała ten głos od razu. Był to Marcos. Postanowiła jednak się nie odzywać w obecności tego człowieka, a tym bardziej do niego.
- No co skarbie, nic nie powiesz ? - zapytał - Widziałem jak na siebie patrzycie.
- Chłopie daj spokój - odezwał się w końcu Martin.
- Nie wtrącaj się. Nie z Tobą rozmawiam. A więc odezwiesz się czy nie ? - ponowił pytanie.
Dziewczyna nie dawała za wygraną i nawet się nie poruszyła. Reszta na razie postanowiła się nie odzywać.
- Rozumiem. Boli Cię, że to co powiedziałem przy Ivanie to była po prostu najszczersza prawda.
- Dosyć tego ! - uniósł się w końcu Guillermo - Nie będziesz obrażał naszych gości. Czy Ci się one podobają czy nie, nie masz prawa ich nękać.
- Jadę do baru - odparł niewzruszony
- Nigdzie nie jedziesz ! - oburzyła się matka.
- Bo co ?
- Bo jakby pan nie wiedział, pańska rodzina troszczy i martwi się o pana. Nie ma pan prawa także odzywać się w taki sposób do swojej rodzicielki. To, że mnie poniża pan przy wszystkich to jest akurat nie ważne, ale nie ma pan prawa podnosić głosu, ani nawet odpowiadać jej w taki sposób, w jaki to pan zrobił przed chwilą - odparła, ku zaskoczeniu wszystkich, spokojnym głosem Soledad.
Nie zważając na to, że Soledad się do niego odezwała, czego pragnął od początku, kiedy tu zszed, odparł na wychodnym.
- Idę się wykąpać - i poszedł.
Po wyjściu Marcosa kolacja przeminęła już bez żadnych problemów. Po kolacji wszyscy udali się na spoczynek do swoich pokoi.
*Perspektywa Lucii
Siedziałam w jadalni, sama, dopijając wieczorną herbatę. Zastanawiałam się nad tym wszystkim, co dzieje się w tym domu. To był pierwszy dzień, a już tyle się stąło. Marcos, który zachowywał się jakoś dziwnie. Właściwie to nigdy się tak nie zachowywał. Wydaje mi się, że ta jego "zmiana" ma związek z Soledad. No właśnie. A co z małą ? Widać, że Marcos nie jest jej obojętny. Natomiast z drugiej strony pojawił się Ivan, któremu obojętna nie jest ona. Cóż mogę mieć tylko nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży.
Nagle z rozmyśleń wyrwał mnie głos mojego małżonka.
- Jeszcze siedzisz ?
- Tak... Rozmyślam i dopijam kawę - uśmiechnęłam się i wskazałam na kubek z herbatą.
Podszedł do mnie, objął mnie od tyłu i zapytał.
- Rozmyślasz nad tym co się tu dzieje, tak ?
- Tak ...
- Ja też ... - przyznał się co mnie trochę zdziwiło.
- No co? Też to zauważyłem. Z resztą, trudno nie zauważyć. Wybryki Marcosa, Soledad siedząca całymi popołudniami w pokoju, rozmowa z Lópezem. Na dodatek Carlota i Martin.
- Rzeczywiście z nimi też jest coś nie tak, a raczej jest coś pomiędzy nimi.
- Chemia ?
- Możliwe. Nawet bardzo. A Ty jak uważasz? - zapytałam i spojrzałam na niego czułym wzrokiem.
- Szczerze ? Nie dałbym sobie uciąć ręki, że nic nie ma pomiędzy nimi dwojga.
- Trzeba by było lepiej się im przyjżeć, ponieważ oni nie robią takich scen jak tamta dwójka. Trzymają raczej wszystko w sobie.
- Tak, to prawda, ale zajmijmy się tym od jutra, a teraz do łóżeczka i spać - i pocałował mnie w czoło, potem w nosek a na końcu w usta.
- Dobrze. Chodźmy.
Tak więc poszliśmy na górę. Guille się położył, a ja poszłam pod prysznic. Kiedy wróciłam, on leżał i przeglądał całą księgowość ostatniego tygodnia. Natomiast ja położyłam się pod kołdrę i za moment zasnęłam.
Rano wstałam około godziny siódmej. Poszłam się wykąpać, po czym zrobiłam lekki makijaż i wyszłam na taras. Uwielbiałam patrzeć jak hacjenda pęka w szfach. Jak moi pracownicy dumnie i dokładnie wykonują swoją pracę od rana do wieczora i tak codziennie. Właśnie wtedy ta posiadłość nabierała barw, nabierała życia.
Nie zdąrzyłam się odwrócić, a tu wybiła już dziewiąta. Postanowiłam więc zejść na dół i zjeść z resztą domowników śniadanie. Martin na schodach dołączył do mnie, przywitał mnie, po czym oboje zeszliśmy na dół. Tam był już Marcos rozmawiający ze swym dziadkiem i ojcem. Siedziały już także dziewczynki, rozmawiając ze sobą szeptem.
Śniadanie zjedliśmy spokojnie, bez żadnych konfliktów i awantur. Na co cały czas się uśmiechałam. Byłam bardzo zadowolona, że chociaż jeden posiłek można zjeść w spokoju.
Po śniadaniu umówiłam się z dziewczynkami na jedenastą. Miałyśmy bowiem jechać do centrum handlowego i kupić piękne sukienki dla pięknych młodych dam na przyjęcie u rodziny Lopezów. Dlatego też udałam się do siebie i zaczęłam szykować się do wyjścia na rynek.
poniedziałek, 4 czerwca 2012
- Dobry Boże ! Synu, jak Ty wyglądasz ?!
Hola a todos. Hm za dobrego humoru nie mam, bo mam problemy w przyjaźni, tak więc energią nie tryskam. Jednak rozdział dodałam, a wszystko specjalnie dla Was :) Musze trochę nadrobić, bo mam już tylko 4 rozdziały do przodu. Niestety, przez te problemy mam brak weny :(( Postaram się jednak nadgonić wszystko. A teraz zapraszam na 5 :D
------------------------------------------------------------------------------------------
*Perspektywa Carloty
Siedziałam w pokoju do godziny kolacji. Kolacja miała się zacząć o 19. Dlatego też o 18:55 poszłam do toalety, umyłam twarzy i ręce po czym zeszłam na dół do jadalni. Tam siedziała już pani Lucia i jej ojciec pan Erick.
- Dobry wieczór - uśmiechnęłam się przyjaźnie, kiedy siadałam do stołu.
- Dobry wieczór dziecinko - odwzajemniła powitanie również posyłając mi uśmiech.
- Skarbie, całe popołudnie przesiedziałaś w pokoju. Coś się stało ? - zapytał nagle dziadek, siedzący obok mnie, łapiąc mnie za dłoń.
- Tato ! - wtrąciła się pani domu - To chyba nie Twoja sprawa co skłoniło do tego Carlotę.
- Może i nie moja, ale zapytać można - i spojrzał pytająco na mnie.
- Ależ oczywiście - uśmiechnęłam się miło i kontynuowałam - Po prostu źle się czułam i byłam trochę zmęczona i chciałam się po prostu położyć. Poza tymi przyczynami nic mi nie jest - ponownie się uśmiechnęłam, na co oboje ten uśmiech odwzajemnili.
Chwilę później w jadalni pojawiła się głowa domu, czyli pan Guillermo, prowadzący pijanego "w bele" Marcosa.
- Dobry Boże ! Synu, jak Ty wyglądasz ?! - zawołała mama mężczyzny.
- No jak to jak wygląda ? Upił się w Alkali i zaczął się awanturować to zadzwonili po mnie, dzięki Bogu. Nie zadzwonili po policję na szczęście - wyjaśnił pan Rodriguez.
- Nie chciałabym się wtrącać, ale w takim stanie to nie ma co tego pana usadzać do stołu. Może lepiej zaprowadzić go na górę i położyć do łóżka, a jak by się dało to lepiej przed spaniem zrobić mu zimny prysznic - odezwałam się, ponieważ stwierdziłam, że innego wyjścia nie ma co do tego człowieka.
- Tak, dokładnie tak - zgodził się ze mną pan domu - Carlota ma rację. Idę go zaprowadzić.
- Nie potrzebuje pan pomocy ? - zapytałam, kiedy on powoli kierował się z synem w stronę schodów.
- Raczej nie. Sądzę, że dam sobie radę, ale dziękuję dziecinko - odparł i uśmiechnął się szczerze po czym wyszedł z jadalni i poszedł w kierunku pokoju Marcosa.
- Co mu do głowy przyszło, tak się upijać ? - zastanawiała się mama chłopaka - On upija się tylko wtedy kiedy jest wściekły albo nie daje sobie rady z czymś. Jednak dzisiaj nic takiego się nie stało, aby aż tak się upił.... No chyba, że .... Nie nie ! To niemożliwe !
- Ale co ? - zapytał szybko dziadek - Mów dziecko, mów !
- Dzisiaj miał dość niemiłą wymianę zdań z Soledad i trochę przesadził w słowach, ale to raczej małą zabolało, a nie jego. Jego nie miało co zaboleć - tłumaczyła pani Lucia.
- Jak to ? Co pański syn jej powiedział ? A tak w ogóle to gdzie ona jest ? - wypytywałam zdenerwowana, zapominając przez tą sytuację z Martinem o mojej przyjaciółce.
- Nie wiem czy to ja powinnam Ci mówić, wiesz skarbie. Może idź do Soledad na górę, bo od tamtej pory jej nie widziałam, i porozmawiaj z nią. Zapytaj jak się czuje i przekaż, że jutro jeżeli nie ma nic przeciwko, odwiedzi ją Ivan - poprosiła pani Rodriguez.
- Jaki Ivan ? I dlaczego miałaby sie źle czuć ? - coraz bardziej byłam niespokojna.
- Proszę Cię, idź do niej i niech ona Ci to wszystko wytłumaczy.
Westchnęłam tylko i odparłam.
- Dobrze pójdę do niej i przyprowadzę ją na kolację .... A co z Martinem ? - na to pytanie dziadek od razu spójrzał na mnie. Poczułam się trochę niekonfortowo, jednak nie dałam po sobie tego poznać.
- Powinen być w swoim pokoju, a jak nie to pewnie się gdzieś włóczy. Zaraz do niego zajerzę - odparła pani domu, która jak się domyśliłam, nic nie wiedziała na temat, co zdarzyło się w ogrodzie.
- Aha. No dobrze. To ja idę do Soledad i postaram się ją sprowadzić na kolację - uśmiechnęłam się na wychodnym i wyszłam.
*Perspektywa Soledad
Spałam sobie smacznie dopóki któś nie obudził mnie pukaniem do drzwi. Usiadłam na łóżku, przetarłam oczy po czym wstałam, podeszłam do drzwi i otworzyłam je. U ich progu stała moja przyjaciółka, Carlota.
- Skarbie, spałaś ? - zapytała zatroskana.
Patrząc na nią z przymkniętych oczu, odparłam zaspanym głosem.
- Tak, a coś się stało ? Która godzina jest wogóle ? - zapytałam nieprzejęta i ziewnęłam.
- No z tego co się dowiedziałam to się coś poważnego stało, ale ze szczegółami miałam przyjść do Ciebie. Jest już po 19, moja droga.
- A o co dokładnie chodzi ? - ponownie ziewnęłam po czym dodałam - A to chyba kolacja powinna być ? Poza tym wejdziesz ? - odsunęłam się na bok, aby Carlota weszła do środka. Zamknęłam za nią drzwi i sama usiadłam, obok niej na łóżku.
- A więc o co poszło z Marcosem ? - zapytała, a ja nagle poczułam jak serce ściska mnie z bólu.
Wszystko wróciło. To imię obudziło mnie szybciej niż cały termos kawy i zimny prysznic. Zaniemówiłam. Nie wiedziałam co mam jej powiedzieć. Z tego co zrozumiałam nie wiedziała ona nic o tym co stało się po przejażdżce koniem. Boże, kiedy jej to powiem, rozpłaczę się. Ponownie. Co ja mam zrobić ? Jak jej to powiedzieć ?
Po krótkich przemyśleniach postanowiłam powiedzieć jej to konkretnie, szybko i beznamiętnie. Tak więc zaczęłam.
- Przed domem, kiedy wróciliśmy z wycieczki, podeszła do mnie pani Lucia, a następnie sąsiad rodziny, niejaki Ivan Lopez Dominguez. Kiedy przywitał się ze mną, jak na zawołanie Marcos przyłączył się do nas. Zaczęliśmy się kłócić jak to my - przerwałam na chwilę, ponieważ poczułam jak napływają mi łzy do oczu. Postanowiłam jednak nie poddawać się i dokończyć swoją krótką opowieść - Nagle Marcos zaczął wygadywać jakieś głupstwa, że rzekomo chcę z nim iść do łóżka, uwodzę go i takie tam. I to tyle ...
Powstrzymałam łzy, dzięki Bogu. Nie chciałam, aby ktokolwiek, nawet Carlota, wiedział, że to co mi powiedział, zabolało mnie. Nie raz już przeżyłam sytuacje, kiedy facet, którego kochałam albo zależało mi na nim, ranił mnie, zdradzał czy łamał serce, porzucając mnie dla lepszej. Może to dlatego mam tak niską samoocenę, ale nie to teraz jest ważne. Ważne jest to, że nikt nie wie i się nie dowie co tak naprawdę czuję ....
czwartek, 31 maja 2012
- Ja się Ciebie nie czepiam ! Odczep Ty się w końcu ode mnie ! [...]
Hola a todos :) Dzisiaj mamy dzień dziecka, a ja w szkole mam bal :P Najpierw oczywiście musimy zatańczyć poloneza, którego nie widzę w mojej sukience i butach (10 cm obcas ;p). Mam nadzieję, że będę dobrze się bawić. Jak również mam nadzieję, że i Wy miło spędzicie ten dzień. Jakby nie patrzeć, chociażby dla samych rodziców, w każdym wieku jesteśmy dziećmi tylko starszymi :) Tak więc życzę Wam wszystkiego najlepszego z okazjii dnia dziecka :) A teraz zostawiam Was z rozdziałem, który osobiście mi się NIE podoba :) Komentujcie skarby ;* Hasta luego amigos :))
----------------------------------------------------------------------------
*Perspektywa Soledad
Właśnie wracaliśmy do hacjendy z naszej długiej przejażdżki, gdy z domu wyszła pani Rodriguez. Uśmiechnięta od ucha do ucha jak zawsze, krzyczała coś w naszą stronę. Nie było jednak słychać co krzyczała, ponieważ na podwórzu było pełno kowbojskich pracowników, którzy bardzo sprawnie jak i hałaśliwie wykonywali swoje obowiązki. Marcos wjechał koniem do stajni, a ja udałam się w stronę jego mamy.
- Moja kochana jak przejażdżka się udała ?
- Było bardzo ... miło jeździć na tym cudownym koniu - odparłam nie wiedząc co powiedzieć.
Ona uśmiechnęła się tylko i zapytała.
- A czy mój syn był uprzejmy w stosunku do Ciebie ?
Z początku nie wiedziałam co powiedzieć. Czy pogrążyć go i powiedzieć, że był nie miły i przy tym kłamać czy może powiedzieć prawdę, że nie mam mu nic do zarzucenia i przy tym mówiąc prawdę ?
Postanowiłam jednak powiedzieć prawdę, ponieważ kłamstwo zawsze wychodzi na jaw. Poza tym nie chciałabym w sumie, żeby miał problemy w domu.
- Nie, nie mam żadnych zastrzeżeń w stosunku do pani syna....
- To się bardzo cieszę - odparła przy czym uśmiechnęła się miło.
Nagle poczułam, że jakaś dość duża postać wyłania się zza moich pleców. Odwróciłam się i zobaczyłam mężczyzne. Miał on około 190 cm wzrostu, latynoską karnację, jak przystało na kowboja w tych rejonach, ciemne duże oczy, niczym gorzka czekolada, piękne, białe zęby, które pokazywał za pomocą szerokiego uśmiechu i kowbojski stroj. A mianowicie kraciastą koszulę, dżinsy i brązowy kapelusz, a także buty z ostrogami. Musiałam przyznać. Był bardzo przystojny.
- Buenas tardes, seniora Rodriguez - powiedział męskim, pewnym głosem.
- Buenas tardes, Ivan. Co Cię do nas sprawadza ? - zapytała przyjaznym głosem.
- Przejeżdzałem obok i postanowiłem zajrzeć do moich ulubionych sąsiadów - odpowiedział i uśmiechnął się szczerze i szeroko.
- Bez przesa....
- Przepraszam ! - przerwał jej w pół słowie - Jesteście państwo dla mnie jak rodzina. Wychowywała mnie pani przez 5 lat, kiedy moi rodzicie musieli wyjechać, więc proszę bardzo nie mówić mi, że przesadzam - dokończył pewnym i nieżartobliwym głosem mężczyzna.
- No dobrze, juz dobrze - pani Rodriguez uśmiechnęła się po czym dodała - A to jest nasza nowa podopieczna, Soledad.
Przedstawiła mnie, a młody mężczyzna złapał mnie delikatnie za dłoń, po czym zbliżył ją do swoich warg.
- Niezmiernie mi miło panienkę poznać. Jestem Iván Domínguez López. Jestem bliskim sąsiadem rodziny państwa Rodriguez.
- Mi też jest bardzo miło. Jestem Soledad....
Nie zdąrzyłam nic więcej odpowiedzieć, bo nagle ni stąd ni zowąd pojawił się obok nas Marcos. Ivan powoli puścił moją dłoń i spojrzał na drugiego mężczyznę, stojącego obok pani Rodriguez.
- Ooo ! Kogo ja tu widzę ! Ivan, co Cię do nas sprowadza ? - uścisnęli sobie dłonie i uśmiechnęli się do siebie nawzajem.
- Ta piękność która stoi tutaj - odparł i spojrzał na mnie.
Poczułam nagle jak się czerwienię i zdołałam tylko powiedzieć.
- Jaka znowu piękność .... ?
- Ah taaaak ! Poznałeś już Soledad ? - spytał dziwnym, obcym tonem Marcos.
- Owszem i nigdy w zyciu tego wydarzenia nie pożałuję - odparł trzymając ton uroczego i miłego faceta.
Na tą odpowiedź uśmiechnęłam się tylko, lecz w głębi czułam, że atmosfera robi się trochę spięta.
- Pożyjemy, zobaczymy - krótko i beznamiętnie odparł po czym dodał - Tylko nie zakochuj się, stary. Ona nie jest stąd, a na całe życie tu nie przyjechała.
- Tego pan nie wie ! - oburzyłam się lekko, lecz po chwili znów wróciłam do normalnego tonu głosu - Skąd pan wie ? Może znajdę tu tą prawdziwą miłość i zostanę tu na zawsze ...
- Prawdziwa miłość nie istnieje - zaprotestował dość normalnym tonem Marcos.
- Dzieci ! Dzieci, przestańcie się już kłócić - wtrąciła się mama Marcosa - Czy Wy zawsze musicie się kłócić?
- Mamo, to nie moja wina, że Twoja podopieczna jest taka naiwna.
- Ja ?! Naiwna ?! To pan chyba nie wie co to znaczy marzenia ! W takim razie nie jest pan także istotą ludzką, ponieważ każdy człowiek ma swoje marzenia, cele, drogi. A pan jak widać ich nie ma. Przykro mi z tego powodu, ale nie musi pan czepiać się mnie !
- Ja się Ciebie nie czepiam ! Odczep Ty się w końcu ode mnie ! Łazisz za mną jak jakaś małolata, którą właściwie jesteś i myślisz, że co, że wskoczysz mi do łóżka ?!
- Marcos ! Natychmiast przeproś Soled...
- Nie ! - przerwałam w pół słowie pani Rodriguez i dodałam, choć czułam, że łzy napływają mi do oczu - Skoro .... pani syn tak uważa .... - przełykałam tylko co raz ślinę i trzymałam na tyle długo łzy, aby nie dać satysfakcji Marcosowi - że taka .... że taka jestem ... To niech sobie tak uważa .... Przepraszam, pani wybaczy - i zwróciłam się do pani domu - Wybacz Ivanie - i odkręciłam głowę ku Ivanowi - jestem bardzo zmęczona.... Chciałabym się położyć.
Odeszłam nie czekając na żadną odpowiedź z ich strony. Gdy znalazłam się zza drzwiami, pobiegłam czym prędzej do pokóju, zamknęłam się i wybuchłam gromkim płaczem. Nie wiedziełam czemu zabolały mnie tak jego słowa, bo zabolały - do głębi. Płakałam, mając w głowie cały czas to samo zdanie "Łazisz za mną jak jakaś małolata, którą właściwie jesteś i myślisz, że co, że wskoczysz mi do łóżka ?!". Płakałam przez jakieś pół godziny po czym odpłynęłam do krainy snów ....
* Perspektywa Marcosa
Gdy mała poleciała do domu, nie obeszło mi się bez awantury ze strony matki .... Jak i Ivana ? Było dla mnie bardzo dziwne, że Ivan zamiast bronić mnie lub śmiać się z całej sytuacji, stanął po stronie mojej rodzicielki i robił mi wyrzuty, że nie miałem podstaw gadać takich głupot. Na co ja odpowiedziałem mu, że zna tą dziewczynę dopiero pół godziny, a już wie jaka jest ? Ja ją znam cały dzień i wystarczająco ją poznałem. Przy czym wtrąciła się ponownie moja mama i stwierdziła, że jest mną zawiedziona i nie wiedziała, że brak mi empatii. Nie mogąc tego dłużej wysłuchiwać, odszedłem od nich, dosiadłem konia, którym jeszcze pół godziny temu jeździłem z Soledad, po czym odejchałem czym prędzej i wróciłem tam, gdzie zabrałem tą małą dzikuskę.
Jechałem szybko i sprawnie, więc zajęło mi to około 5 minut. Zsiadłem z konia, przywiązałem go do pachołka, który stał, wbity w ziemię i poszedłem kilka metrów dalej. Zdjąłem kapelusz, położyłem się na trawie i patrzyłem w niego. Myślami cały czas byłem z moich zachowaniem w stosunku do małej. Tak na prawdę to nie wiem czemu tak powiedziałem. Może dlatego, że nie chciałem, aby jakaś mała europejka weszła mi na głowę. Może dlatego, że kiedy zobaczyłem ją i Ivana, który całuje jej rękę, poczułem, nie wiedzieć czemu, ogarniającą mnie złość. A może dlatego, że po prostu było mi to łatwiej powiedzieć niż przyznać jej rację, że czasami się jej czepiam. Nie wiem ! Nie mam pojęcia ! Wiem jednak jedno. Nikt poza mną nie może znać powodów mojego zachowania ani nawet założeniowych przyczyn.
Kiedy już nie wiedziałem co mam dalej myśleć, wstałem, wsiadłem na konia i pojechałem do baru Alaska. Moim celem, którego rzekomo nie mam według mądrej Soledad, było zapomnienie o problemach przy dużym, zimnym piwie. Szczególnie o problemie, który od początku dnia jest największym w moim dotychczasownym życiu - o Soledad.
----------------------------------------------------------------------------
*Perspektywa Soledad
Właśnie wracaliśmy do hacjendy z naszej długiej przejażdżki, gdy z domu wyszła pani Rodriguez. Uśmiechnięta od ucha do ucha jak zawsze, krzyczała coś w naszą stronę. Nie było jednak słychać co krzyczała, ponieważ na podwórzu było pełno kowbojskich pracowników, którzy bardzo sprawnie jak i hałaśliwie wykonywali swoje obowiązki. Marcos wjechał koniem do stajni, a ja udałam się w stronę jego mamy.
- Moja kochana jak przejażdżka się udała ?
- Było bardzo ... miło jeździć na tym cudownym koniu - odparłam nie wiedząc co powiedzieć.
Ona uśmiechnęła się tylko i zapytała.
- A czy mój syn był uprzejmy w stosunku do Ciebie ?
Z początku nie wiedziałam co powiedzieć. Czy pogrążyć go i powiedzieć, że był nie miły i przy tym kłamać czy może powiedzieć prawdę, że nie mam mu nic do zarzucenia i przy tym mówiąc prawdę ?
Postanowiłam jednak powiedzieć prawdę, ponieważ kłamstwo zawsze wychodzi na jaw. Poza tym nie chciałabym w sumie, żeby miał problemy w domu.
- Nie, nie mam żadnych zastrzeżeń w stosunku do pani syna....
- To się bardzo cieszę - odparła przy czym uśmiechnęła się miło.
Nagle poczułam, że jakaś dość duża postać wyłania się zza moich pleców. Odwróciłam się i zobaczyłam mężczyzne. Miał on około 190 cm wzrostu, latynoską karnację, jak przystało na kowboja w tych rejonach, ciemne duże oczy, niczym gorzka czekolada, piękne, białe zęby, które pokazywał za pomocą szerokiego uśmiechu i kowbojski stroj. A mianowicie kraciastą koszulę, dżinsy i brązowy kapelusz, a także buty z ostrogami. Musiałam przyznać. Był bardzo przystojny.
- Buenas tardes, seniora Rodriguez - powiedział męskim, pewnym głosem.
- Buenas tardes, Ivan. Co Cię do nas sprawadza ? - zapytała przyjaznym głosem.
- Przejeżdzałem obok i postanowiłem zajrzeć do moich ulubionych sąsiadów - odpowiedział i uśmiechnął się szczerze i szeroko.
- Bez przesa....
- Przepraszam ! - przerwał jej w pół słowie - Jesteście państwo dla mnie jak rodzina. Wychowywała mnie pani przez 5 lat, kiedy moi rodzicie musieli wyjechać, więc proszę bardzo nie mówić mi, że przesadzam - dokończył pewnym i nieżartobliwym głosem mężczyzna.
- No dobrze, juz dobrze - pani Rodriguez uśmiechnęła się po czym dodała - A to jest nasza nowa podopieczna, Soledad.
Przedstawiła mnie, a młody mężczyzna złapał mnie delikatnie za dłoń, po czym zbliżył ją do swoich warg.
- Niezmiernie mi miło panienkę poznać. Jestem Iván Domínguez López. Jestem bliskim sąsiadem rodziny państwa Rodriguez.
- Mi też jest bardzo miło. Jestem Soledad....
Nie zdąrzyłam nic więcej odpowiedzieć, bo nagle ni stąd ni zowąd pojawił się obok nas Marcos. Ivan powoli puścił moją dłoń i spojrzał na drugiego mężczyznę, stojącego obok pani Rodriguez.
- Ooo ! Kogo ja tu widzę ! Ivan, co Cię do nas sprowadza ? - uścisnęli sobie dłonie i uśmiechnęli się do siebie nawzajem.
- Ta piękność która stoi tutaj - odparł i spojrzał na mnie.
Poczułam nagle jak się czerwienię i zdołałam tylko powiedzieć.
- Jaka znowu piękność .... ?
- Ah taaaak ! Poznałeś już Soledad ? - spytał dziwnym, obcym tonem Marcos.
- Owszem i nigdy w zyciu tego wydarzenia nie pożałuję - odparł trzymając ton uroczego i miłego faceta.
Na tą odpowiedź uśmiechnęłam się tylko, lecz w głębi czułam, że atmosfera robi się trochę spięta.
- Pożyjemy, zobaczymy - krótko i beznamiętnie odparł po czym dodał - Tylko nie zakochuj się, stary. Ona nie jest stąd, a na całe życie tu nie przyjechała.
- Tego pan nie wie ! - oburzyłam się lekko, lecz po chwili znów wróciłam do normalnego tonu głosu - Skąd pan wie ? Może znajdę tu tą prawdziwą miłość i zostanę tu na zawsze ...
- Prawdziwa miłość nie istnieje - zaprotestował dość normalnym tonem Marcos.
- Dzieci ! Dzieci, przestańcie się już kłócić - wtrąciła się mama Marcosa - Czy Wy zawsze musicie się kłócić?
- Mamo, to nie moja wina, że Twoja podopieczna jest taka naiwna.
- Ja ?! Naiwna ?! To pan chyba nie wie co to znaczy marzenia ! W takim razie nie jest pan także istotą ludzką, ponieważ każdy człowiek ma swoje marzenia, cele, drogi. A pan jak widać ich nie ma. Przykro mi z tego powodu, ale nie musi pan czepiać się mnie !
- Ja się Ciebie nie czepiam ! Odczep Ty się w końcu ode mnie ! Łazisz za mną jak jakaś małolata, którą właściwie jesteś i myślisz, że co, że wskoczysz mi do łóżka ?!
- Marcos ! Natychmiast przeproś Soled...
- Nie ! - przerwałam w pół słowie pani Rodriguez i dodałam, choć czułam, że łzy napływają mi do oczu - Skoro .... pani syn tak uważa .... - przełykałam tylko co raz ślinę i trzymałam na tyle długo łzy, aby nie dać satysfakcji Marcosowi - że taka .... że taka jestem ... To niech sobie tak uważa .... Przepraszam, pani wybaczy - i zwróciłam się do pani domu - Wybacz Ivanie - i odkręciłam głowę ku Ivanowi - jestem bardzo zmęczona.... Chciałabym się położyć.
Odeszłam nie czekając na żadną odpowiedź z ich strony. Gdy znalazłam się zza drzwiami, pobiegłam czym prędzej do pokóju, zamknęłam się i wybuchłam gromkim płaczem. Nie wiedziełam czemu zabolały mnie tak jego słowa, bo zabolały - do głębi. Płakałam, mając w głowie cały czas to samo zdanie "Łazisz za mną jak jakaś małolata, którą właściwie jesteś i myślisz, że co, że wskoczysz mi do łóżka ?!". Płakałam przez jakieś pół godziny po czym odpłynęłam do krainy snów ....
* Perspektywa Marcosa
Gdy mała poleciała do domu, nie obeszło mi się bez awantury ze strony matki .... Jak i Ivana ? Było dla mnie bardzo dziwne, że Ivan zamiast bronić mnie lub śmiać się z całej sytuacji, stanął po stronie mojej rodzicielki i robił mi wyrzuty, że nie miałem podstaw gadać takich głupot. Na co ja odpowiedziałem mu, że zna tą dziewczynę dopiero pół godziny, a już wie jaka jest ? Ja ją znam cały dzień i wystarczająco ją poznałem. Przy czym wtrąciła się ponownie moja mama i stwierdziła, że jest mną zawiedziona i nie wiedziała, że brak mi empatii. Nie mogąc tego dłużej wysłuchiwać, odszedłem od nich, dosiadłem konia, którym jeszcze pół godziny temu jeździłem z Soledad, po czym odejchałem czym prędzej i wróciłem tam, gdzie zabrałem tą małą dzikuskę.
Jechałem szybko i sprawnie, więc zajęło mi to około 5 minut. Zsiadłem z konia, przywiązałem go do pachołka, który stał, wbity w ziemię i poszedłem kilka metrów dalej. Zdjąłem kapelusz, położyłem się na trawie i patrzyłem w niego. Myślami cały czas byłem z moich zachowaniem w stosunku do małej. Tak na prawdę to nie wiem czemu tak powiedziałem. Może dlatego, że nie chciałem, aby jakaś mała europejka weszła mi na głowę. Może dlatego, że kiedy zobaczyłem ją i Ivana, który całuje jej rękę, poczułem, nie wiedzieć czemu, ogarniającą mnie złość. A może dlatego, że po prostu było mi to łatwiej powiedzieć niż przyznać jej rację, że czasami się jej czepiam. Nie wiem ! Nie mam pojęcia ! Wiem jednak jedno. Nikt poza mną nie może znać powodów mojego zachowania ani nawet założeniowych przyczyn.
Kiedy już nie wiedziałem co mam dalej myśleć, wstałem, wsiadłem na konia i pojechałem do baru Alaska. Moim celem, którego rzekomo nie mam według mądrej Soledad, było zapomnienie o problemach przy dużym, zimnym piwie. Szczególnie o problemie, który od początku dnia jest największym w moim dotychczasownym życiu - o Soledad.
poniedziałek, 28 maja 2012
- [...] Najlepiej będzie jak oboje o tym zapomnimy [...]
Hola a todos :) Wybaczcie ! Rozdział miał być wczoraj, ale nie dałam rady go wstawić :(( Wybaczcie :** Ogólnie rozdział mi się nie podoba, ale sami oceńcie. Nie będę nic już pisała na koniec, więc miłego czytania i komentowania :) Hasta luego amigos :))
---------------------------------------------------------------------------
*Perspektywa Carloty
Gdy Martin pokazał mi cały dom, zaprowadził mnie do mojego pokoju.
- Oto Twój pokój - powiedział Martin wprowadzając mnie do pokoju.
- Jej, cudownie tutaj. Śliczny pokój - odparłam.
Ten pokój na prawdę był piękny. Ściany miały kolor jasnego różu. Firanki na oknach różowo-białe. Najcudowniejsze jednak było łóżko, które miało być tylko moje.
- Też tak sądzę.
- Dziękuję Ci bardzo, że zechciałeś oprowadzić mnie po Waszym pięknym domu.
- Cała przyjemność po mojej stronie. A teraz chcesz iść obejrzeć ogród ?
- Nie chciałabym Ci wejść na głowę ...
- Nie wchodzisz mi na głowę, a poza tym moi rodzice mieliby mi za złe, że nie zaprowadziłem Cię tam, gdzie obiecałem....
Po tych słowach od razu zorientowałam się, że Martinowi nie chodzi o mnie, lecz o rodziców. Chciał po prostu wykonać polecenia mu przydzielone i na tym koniec. Właściwie to co ja sobie myślałam ? Że wyzna mi miłość, a ja mu się rzucę w ramiona ? Trochę się pośpieszyłam tym bardziej, że on czuje do mnie nie chęć.
- No dobrze. Nie będziemy robić przykrości Twoim rodzicom. Możemy iść teraz ? Będziemy mieli to przynajmniej z głowy. Potem nie musimy wchodzić sobie w drogę ...
- Tak... tak oczywiście. Chodźmy teraz.
Otworzył mi drzwi wyjściowe. Wyszłam a on za mną. Skierowaliśmy się do ogrodu. Gdy szliśmy tam, z daleka widzieliśmy jak Soledad razem z Marcosem wyjeżdżali na wycieczkę konną.
- Nie wydaje Ci się, że między nimi jest jakaś chemia ? - zapytał mnie nagle Martin.
- Czy ja wiem ? Znają się dopiero kilka godzin, a Ty już mówisz o chemii - Chociaż między nami też jest chemia - pomyślałam.
- No może rzeczywiście się zagalopowałem.
- Tak, chyba tak... - odparłam niepewnie.
Po chwili milczenia zatrzymaliśmy się przed drzwiczkami do ogrodu.
- A więc oto nasz ogród.... Nazywany rajem - powiedział w końcu i otworzył drzwi.
Weszłam tam i rzeczywiście zobaczyłam raj.
- Dios mio ! Esto es maravilloso !
- Wiem, nina.
- Możemy iść dalej ? - zapytał niepewnie.
- Oczywiście. Chodźmy
Przeszliśmy pare metrów, a ja cały czas podziwiałam to wszystko. Nagle Martin znienacka spojrzał na mnie czule, co mnie trochę skrępowało, ale i ja poczułam, że zaczynam się patrzeć na niego inaczej niż na chociażby Marcos'a. Martin zbliżył się do mnie. Jednym ruchem złapał mnie i przyciągnął do siebie. Patrzył na mnie tymi czekoladowymi oczami, a ja na niego działałam jak lepka na muchy. Zbliżał swoje wargi do moich, a ja swoje do jego warg, gdy nagle ktoś krząknął. Jak na wznak odskoczyliśmy od siebie. Przed nami, na wózku siedział dziadek.
- Przepraszam, nie chciałem wam przeszkadzać - zaśmiał się lekko nie tylko z tego, że zobaczył nas w takiej sytuacji, lecz dlatego, że oboje staliśmy jak zamurowani i żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć. - Wiem. Nie wiecie co powiedzieć i oczywiście nie musicie.
Chciałam coś powiedzieć, ale on mnie wyprzedził.
- Spokojnie ... Nie powiem nikomu - uśmiechnął się miło i wyszedł, zamykając drzwi.
Oboje staliśmy jak wryci. Nie wiedzieliśmy co powiedzieć, więc ja zdobyłam się na to i jako pierwszy wystąpiłam.
- Posłuchaj... to co tu przed chwilą się działo to po prostu chwila słabości ... zapomnienia .... Najlepiej będzie jak oboje o tym zapomnimy - przeczyłam sama sobie - Zgoda ?
- Tak, tak masz rację. To tylko chwila słabości .... Zapomnimy szybko - i puścił do mnie oczko.
Ja tylko uśmiechnęłam się beznamiętnie i wyszłam. On musiał tam zostać, ponieważ nie czułam nikogo obecności za sobą. Wbiegłam czym prędzej po schodach do pokoju i zamknęłam się. Nie wychodziłam już do czasu kolacji ....
*Perspektywa Martina
To co przeżyłem przed godziną, w ogrodzie, razem z Carlotą, było czymś .... czymś wspaniałym, ale także niebezpiecznym. Nie mogłem sobie pozwolić na jakieś uczucia w stosunku do tej dziewczyny ! Przecież ona jest ode mnie młodsza o 10 lat. Na Boga ! To jeszcze dziecko ! Ale kiedy tak staliśmy w ogrodzie, miałem wielką ochotę pocałować ją tak czule, że zapamiętałaby ten pocałunek jak swój pierwszy, przytulić ją tak mocno, aby nikt mi jej nie zabrał, żeby sama nie mogła uciec ode mnie ! No, ale przecież nie mogę ! Z resztą ona nic do mnie nie czuje. Tym bardziej, że jestem dla niej za stary. Chociaż z drugiej strony przybliżała się do mnie tak samo jak ja do niej. Gdyby nie dziadek...Niestety przeszłości zmienić nie można ... Poza tym ona chce o tym zapomnieć ... Jestem dla niej odrażający i nie chce tego pamiętać. Dlatego i ja powinienem trzymać ją na dystans...
Moje rozmyślenia przerwało nagłe pukanie do drzwi mojej sypialni.
- i Pasa, pasa !
Gdy drzwi się otworzyły, zobaczyłem u ich progu swoją mamę.
- Hijo, podemos hablar ?
- Si, si. Pasa. Sientate madre.
- Gracias. Chodzi o Carlotę ....
Serce mi zamarło. Nie wiem z jakie powodu, ale czułem miły uścisk w brzuchu. Jednak nie dał po sobie niczego poznać.
- Słucham ...
- Tak więc .... chodzi o to, że Carlota siedzi w pokoju i nie wychodziła wogóle od momentu kiedy wróciała z ogrodu, w którym byłeś z nią, Ty.
- Przepraszam Cię mamo, ale to nie ma nic do rzeczy.
- Ale ...
- Nie ma ale !
- No tak, przepraszam ... masz rację to nie ma nic do rzeczy. Ja już pójdę. Miłego popołudnia. Do widzenia.
- Do widzenia.
I wyszła .....
Zdenerwowała mnie ta cala sytuacja, dlatego też poszedłem wziąć zimny prysznic, aby te emocje ze mnie zeszły. Powinno poprawić mi to samopoczucie. Wziąłem bokserki i skarpetki po czym skierowałem się do łazienki.
---------------------------------------------------------------------------
*Perspektywa Carloty
Gdy Martin pokazał mi cały dom, zaprowadził mnie do mojego pokoju.
- Oto Twój pokój - powiedział Martin wprowadzając mnie do pokoju.
- Jej, cudownie tutaj. Śliczny pokój - odparłam.
Ten pokój na prawdę był piękny. Ściany miały kolor jasnego różu. Firanki na oknach różowo-białe. Najcudowniejsze jednak było łóżko, które miało być tylko moje.
- Też tak sądzę.
- Dziękuję Ci bardzo, że zechciałeś oprowadzić mnie po Waszym pięknym domu.
- Cała przyjemność po mojej stronie. A teraz chcesz iść obejrzeć ogród ?
- Nie chciałabym Ci wejść na głowę ...
- Nie wchodzisz mi na głowę, a poza tym moi rodzice mieliby mi za złe, że nie zaprowadziłem Cię tam, gdzie obiecałem....
Po tych słowach od razu zorientowałam się, że Martinowi nie chodzi o mnie, lecz o rodziców. Chciał po prostu wykonać polecenia mu przydzielone i na tym koniec. Właściwie to co ja sobie myślałam ? Że wyzna mi miłość, a ja mu się rzucę w ramiona ? Trochę się pośpieszyłam tym bardziej, że on czuje do mnie nie chęć.
- No dobrze. Nie będziemy robić przykrości Twoim rodzicom. Możemy iść teraz ? Będziemy mieli to przynajmniej z głowy. Potem nie musimy wchodzić sobie w drogę ...
- Tak... tak oczywiście. Chodźmy teraz.
Otworzył mi drzwi wyjściowe. Wyszłam a on za mną. Skierowaliśmy się do ogrodu. Gdy szliśmy tam, z daleka widzieliśmy jak Soledad razem z Marcosem wyjeżdżali na wycieczkę konną.
- Nie wydaje Ci się, że między nimi jest jakaś chemia ? - zapytał mnie nagle Martin.
- Czy ja wiem ? Znają się dopiero kilka godzin, a Ty już mówisz o chemii - Chociaż między nami też jest chemia - pomyślałam.
- No może rzeczywiście się zagalopowałem.
- Tak, chyba tak... - odparłam niepewnie.
Po chwili milczenia zatrzymaliśmy się przed drzwiczkami do ogrodu.
- A więc oto nasz ogród.... Nazywany rajem - powiedział w końcu i otworzył drzwi.
Weszłam tam i rzeczywiście zobaczyłam raj.
- Dios mio ! Esto es maravilloso !
- Wiem, nina.
- Możemy iść dalej ? - zapytał niepewnie.
- Oczywiście. Chodźmy
Przeszliśmy pare metrów, a ja cały czas podziwiałam to wszystko. Nagle Martin znienacka spojrzał na mnie czule, co mnie trochę skrępowało, ale i ja poczułam, że zaczynam się patrzeć na niego inaczej niż na chociażby Marcos'a. Martin zbliżył się do mnie. Jednym ruchem złapał mnie i przyciągnął do siebie. Patrzył na mnie tymi czekoladowymi oczami, a ja na niego działałam jak lepka na muchy. Zbliżał swoje wargi do moich, a ja swoje do jego warg, gdy nagle ktoś krząknął. Jak na wznak odskoczyliśmy od siebie. Przed nami, na wózku siedział dziadek.
- Przepraszam, nie chciałem wam przeszkadzać - zaśmiał się lekko nie tylko z tego, że zobaczył nas w takiej sytuacji, lecz dlatego, że oboje staliśmy jak zamurowani i żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć. - Wiem. Nie wiecie co powiedzieć i oczywiście nie musicie.
Chciałam coś powiedzieć, ale on mnie wyprzedził.
- Spokojnie ... Nie powiem nikomu - uśmiechnął się miło i wyszedł, zamykając drzwi.
Oboje staliśmy jak wryci. Nie wiedzieliśmy co powiedzieć, więc ja zdobyłam się na to i jako pierwszy wystąpiłam.
- Posłuchaj... to co tu przed chwilą się działo to po prostu chwila słabości ... zapomnienia .... Najlepiej będzie jak oboje o tym zapomnimy - przeczyłam sama sobie - Zgoda ?
- Tak, tak masz rację. To tylko chwila słabości .... Zapomnimy szybko - i puścił do mnie oczko.
Ja tylko uśmiechnęłam się beznamiętnie i wyszłam. On musiał tam zostać, ponieważ nie czułam nikogo obecności za sobą. Wbiegłam czym prędzej po schodach do pokoju i zamknęłam się. Nie wychodziłam już do czasu kolacji ....
*Perspektywa Martina
To co przeżyłem przed godziną, w ogrodzie, razem z Carlotą, było czymś .... czymś wspaniałym, ale także niebezpiecznym. Nie mogłem sobie pozwolić na jakieś uczucia w stosunku do tej dziewczyny ! Przecież ona jest ode mnie młodsza o 10 lat. Na Boga ! To jeszcze dziecko ! Ale kiedy tak staliśmy w ogrodzie, miałem wielką ochotę pocałować ją tak czule, że zapamiętałaby ten pocałunek jak swój pierwszy, przytulić ją tak mocno, aby nikt mi jej nie zabrał, żeby sama nie mogła uciec ode mnie ! No, ale przecież nie mogę ! Z resztą ona nic do mnie nie czuje. Tym bardziej, że jestem dla niej za stary. Chociaż z drugiej strony przybliżała się do mnie tak samo jak ja do niej. Gdyby nie dziadek...Niestety przeszłości zmienić nie można ... Poza tym ona chce o tym zapomnieć ... Jestem dla niej odrażający i nie chce tego pamiętać. Dlatego i ja powinienem trzymać ją na dystans...
Moje rozmyślenia przerwało nagłe pukanie do drzwi mojej sypialni.
- i Pasa, pasa !
Gdy drzwi się otworzyły, zobaczyłem u ich progu swoją mamę.
- Hijo, podemos hablar ?
- Si, si. Pasa. Sientate madre.
- Gracias. Chodzi o Carlotę ....
Serce mi zamarło. Nie wiem z jakie powodu, ale czułem miły uścisk w brzuchu. Jednak nie dał po sobie niczego poznać.
- Słucham ...
- Tak więc .... chodzi o to, że Carlota siedzi w pokoju i nie wychodziła wogóle od momentu kiedy wróciała z ogrodu, w którym byłeś z nią, Ty.
- Przepraszam Cię mamo, ale to nie ma nic do rzeczy.
- Ale ...
- Nie ma ale !
- No tak, przepraszam ... masz rację to nie ma nic do rzeczy. Ja już pójdę. Miłego popołudnia. Do widzenia.
- Do widzenia.
I wyszła .....
Zdenerwowała mnie ta cala sytuacja, dlatego też poszedłem wziąć zimny prysznic, aby te emocje ze mnie zeszły. Powinno poprawić mi to samopoczucie. Wziąłem bokserki i skarpetki po czym skierowałem się do łazienki.
piątek, 25 maja 2012
- Na pewno ?
Hola a todos :) Como estais ? Dzisiaj mamy drugi rozdział :) Mam nadzieję, że Wam się spodoba hee :D Czekam na komentarze :) Nie będę pisała już na zakończenie także mówię teraz, hasta luego :) Entonces empezamos :)
-----------------------------------------------------------------------------
*Perspektywa Carloty
Gdy wysiadłyśmy, z domu wyszła niewysoka kobieta, ubrana w jeansową spódnicę i bluzkę z rozszerzanymi rękawami. Miała piękne, krótkie, falujące, ciemne włosy, ciemne oczy, pełne usta i trochę zmarszczek pod oczami. Szła w naszą stronę uśmiechnięta od ucha do ucha. Na dodatek pchała wózek ze starszym panem również uśmiechniętym ciepło i szczerze. Miał mundur żołnierki na sobie, siwe włosy, ciemne oczy i przemiły uśmiech. Za nimi wyszła młoda, szczupła, nie wysoka z ciemnymi, dużymi oczami, spiętymi brąz włosami i długimi, ładnymi nogami (jak sądzić po fartuszku) pokojówka. Również prezentowała się miło. Na końcu wyszedł nie wysoki, ale także nie niski, z niebieskimi oczami, jasno-brązową czupryną roztarganą na wszystkie strony, chłopak. Nie uśmiechał się, ale można było strwierdzić, że jest przeciwieństwem Marcosa. Był przystojny, elegancko ubrany - w czarną koszulę, jasne (eqri) spodnie i czarne, eleganckie buty. Wyglądał jak Bóg sexu - pomyślałam. Nie ! Nie ! Nie wolno Ci tak myśleć ! - odrzuciła od siebie tę myśl.
- Hola ninas ! - krzyknęła zachwycona i powitała nas ciepłym uściskiem i buziakami w policzki - Soy Lucia. Jestem żoną Guillerma, mamą Marcosa i stojącego za mną Martina oraz córką oto tego uroczego dziadka.
- Buenas tardes senora - jak jeden brat odpowiedziałyśmy i uśmiechnęłyśmy się miło.
- Buenas tardes muchachas, ay que guapas - przywitał nas dziadek - Witamy w naszych skromnych progach. Zapraszamy na obiad.
- Muchas gracias. Szczerze mówiąć jesteśmy bardzo głodne - odparła Soledad.
- Nie widać, żebyś lubiała dużo jeść ... - wtrącił się Marcos.
- Bo nie lubię jeść za trzech, czego nie można powiedzieć o panu - odpowiedziała mu dziewczyna. Reszta tylko się zaśmiała pod nosem.
- Zaraz po moim ojcu jestem głową rodziny ! Muszę być silny i mieć siłę na obronę hacjendy gdy przyjdzie taka potrzeba.
- Przestańcie się już droczyć ! Choćmy coś zjeść - wtrącił się Martin i ruszył w stronę domu. Reszta poszła w jego ślady.
*Narrator
Kucharki podały obiad i wszyscy w ciszy zaczęli jeść. Nagle tą długą ciszę przerwał Martin.
- Po obiedzie oprowadzę Was po domu i pokażę Wasze pokoje, jeżeli oczywiście nie będziecie miały nic przeciwko, moje panie.
- Będzie nam bardzo miło - odparła miło Soledad.
- Tak... Będzie nam bardzo miło ... - dodała niepewna, lecz uśmiechnięta Carlota.
Chłopak zauważył, że tej pięknej, młodej i słodkiej dziewczynie nie do końca podoba się ten pomysł. Z niewiadomego powodu zrobiło mu się miło na sercu. A gdy spojrzał w jej piękne niebieskie oczy, poczuł ukłucie w sercu .... miłe ukłucie. Nie wiedział co się z nim dzieje, ale wiedział jedno. Musi uważać na tę cudowną istotę.
- To może Ty, braciszku oprowadzisz panienkę Carlotę, a ja panienkę Soledad ? Wydaje mi się, że tak będzie lepiej - wtrącił Marcos. Brat chciał kategorycznie odmówić. Nie chciał dopuścić do tego, aby zostać sam na sam z Carlotą. Jednak zanim zdołał coś powiedzieć, wtrąciła się matka mężczyzn.
- Tak. To świetny pomysł. Poznacie się lepiej. Potem możecie jechać na przejażdżkę konną ...
- Przykro mi, lecz ja nie umiem jeździć konno - wtrąciła szybko Soledad. Chciała spędzać jak najmniej czasu ze starszym synem Rodriguezów.
- To Marcos Cię nauczy - wtrącił najstarszy Rodriguez. Spojrzał na syna i dodał - Prawda ?!
- Oczywiście. Może dzisiaj panienkę przewiozę na koniu, a od jutra zaczniemy naukę, co pani na to ?
- No nie wiem .... czy to dobry ...
- Ależ kochanie, oczywiście, że to bardzo dobry pomysł - wtrąciła pani Rodriguez po czym pogłaskała rękę dziewczyny.
- No dobrze - uśmiechnęła się dziewczyna.
- Ja bardzo przepraszam, ale ja dzisiaj nie mam ochoty na jazdę konną ... - zaczęła Carlota
- To może Martin pokaże Ci nasz piękny ogród, gdzie rosną piekne tulipany, kolorowe róże i pachnące konwalie ? Co Ty na to synu ? - odparł dziadek.
- Z przyjemnąścią - uśmiechnął się, ale po jego oczach było widać, że nie jest mu to na rękę.
- Ale nie chciałabym panu zawracać ...
- Tylko nie panu ! Jestem Martin. Nie jestem taki stary jak mój brat, żeby mówić do mnie na pan. Poza tym nie będziesz mi zawracać głowy.
- No dobrze. To po obejrzeniu domu pójdziemy obejrzeć ogród tak?
- Oczywiście.
*Perspektywa Soledad
Gdy wszyscy skończyliśmy jeść obiad. Marcos zaprosił mnie do oglądania domu. Był dla mnie nie przyjemny, ale klase miał. Państwo Rodrigez bardzo dobrze wychowali swoich synów. Ja na ich miejscu byłabym dumna z takich dzieci. Nie da się ukryć, że oni też są z nich dumni.
- Więc jadalnie widziałaś. To jest salon - i w tym momencie wprowadził mnie do dużego pomieszczenia, gdzie na środku był nie duży i nie wysoki stolik a wokół niego dwie kanapy i dwa fotele. Nie daleko, przy ścianie stał duży kominek. Obok były okna z pięknymi jasnymi firankami. Pomieszczenie było dość duże, ale bardzo przytulne. Ściany były pomalowane w kolorze ecru. - Możesz korzystać z salony jak i z całego domu 24 na dobe.
- Dziękuję.
- Nie ma za co. Postaramy się po prostu nie wchodzić sobie w drogę i oboje jakoś przeżyjemy Twój pobyt tutaj.
I tutaj mnie trafił. Zabolało mnie to, lecz postanowiłam nie dać za wygraną i powiedzieć mu co o tym sądzę.
- Również mam taką nadzieję, ponieważ oglądanie pana nie było by miłe. Byloby wręcz koszmarne - i uśmiechnęłam się irytująco.
- Chodźmy dalej - odwrócił się i poszedł, a ja za nim.
Przez ten cały czas pokazywał mi wszystko od piwnicy po strych. Na końcu pokazał mi mój pokój. Był piekny, nie duży i ładnie urządony. Przy łóżku stały dwa stoliki nocne. Na jednym lampka, a na drugim telefon. Przed moim łóżkiem stały moje walizki. Była również szafa, która z pewnością pomieściłaby i moje rzeczy jak i rzeczy Carloty. Były również drzwi do łazienki.
- Masz własną łazienkę jak coś, a telefon po to gdybyś czegoś potrzebowała. Na telefonie masz przyklejoną kartkę po jakim numerkiem jest kto.... Ja jestem po jedynką.
- Czemu ?
- Gdybym ja to wiedział.
- Aha. No tak przecież to nie pan to ustawiał. Głupie pytanie.
- Tak bardzo głupie.
- No dobrze to już wszystko, tak ?
- Tak czy chcesz coś jeszcze wiedzieć ?
- Nie już się wszystko dowiedziałam czego chciałam.
Zabrzmiało to trochę dwu znacznie, ale nie przejęłam się tym tak bardzo.
- Za godzinę przejażdżka koniem, pamiętasz ?
- Eh... taaaak .. Pamiętam - odparłam z niechęcią. Jednak jak przystało uśmiechnęłam się.
- Czyżbyś nie chciała ze mną spędzić więcej czasu ? - zapytał pewny siebie
- Cóż pana osoba mnie nie interesuje, więc w sumie to obojętne.
- Na pewno ?
Ledwo zdąrzyłam się zorientować i już stał przy mnie. Stał tak blisko, że czułam zapach jego wody kolońskiej i tego męskiego zapachu. Zabrakło mi tchu, lecz starałam się tego nie okazywać. Nie wiedziałam co się w tym momencie ze mną dzieje, ale na pewno nie było to normalne. Nie mogłam nawet wydusić z siebie żadnego słowa.
- Na pewno ?
Zapytał ponownie zbliżając swoje wargi do moich. W końcu wróciłam do świata żywych i odepchnęłam go.
- Tak na pewno ! A teraz proszę wyjść, bo chciałabym się przebrać.
- Oczywiście. Hasta la vista.
- Hasta luego senor.
I zniknął za drzwiami. Opadłam na łóżko, ponieważ nie mogłam dłużej utrzymac się na nogach. To co przed chwilą mnie spotkało to było, to było coś ... tragicznego, ale także przyjemnego i podniecającego. Gdy się uspokoiłam poszłam wziąć szybki prysznic. Po wyjściu wysuszyłam włosy, zrobiłam lekki makijaż, aby nie było widać moich zaróżownionych policzków i ubrałam się tak jak przystało w takim miejscu. Nie miałam takich ubrań, ale gdy otworzyłam wcześniej szafę, zobaczyłam strój dla kowbojki. Bardzo mi się on spodobał. Zawsze podobały mi się te klimaty. Tak więc ubrałam się, zrobiłam kucyka i gdy właśnie miałam wychodzić, ktoś zapukał do drzwi.
- Adelante !
W drzwiach stanął Marcos. Wyglądał zabujczo. Miał białą koszulę rozpiętą do połówy, długie jeansy, buty kowbojskie i kapelusz. Prawdziwy kowboj.
- Gotowa ?
- Tak, właśnie miałam wychodzić.
- A więc zapraszam - przepuścił mnie w drzwiach i zeszliśmy na dół, aby iść do stajni po konia.
Gdy wyszłam na werandę. Zobaczyłam czarnego jak węgiel konia z pięknymi oczami.
- Dios ! Que bonito caballo !
- Prawda ?
- O taaaak.
Marcos wsiadł na konia po czym jedną ręką uniusł mnie ku górze i posadził przed sobą. Znów czułam zapach tej cudownej wody kolońskiej jak i ten jego męski zapach. Pokazał mi czego mam się trzymać po czym sam złapał się tego tym samy objął mnie od tyłu.
- Wygodnie ? - zapytał, a gdy mówił, czułam jego oddech na swojej szyi.
- Tak, tak.
- No to ruszamy.
I pojechaliśmy.....
poniedziałek, 21 maja 2012
- Dios mio.... - Estamos en el cielo ?
Hola :) Dzisiaj jest święto narodowe :D a czemu ? Ponieważ dodaje 1 rozdział na bloggera :P Mam nadzieję, że Wam się spodoba i będziecie chętnie czytać ten jak i kolejna rozdziały :) Miłego czytania kochani :)
------------------------------------------------------------------
* Perspektywa Carloty
Dzisiaj był mój jak i mojej przyjaciółki, Soledad wielki dzień. Wakacje w Meksyku były naszym marzeniem od zawsze, a właściewie największym marzeniem były one dla Soledad, niewysokiej, ładnej, brązowooka dziewczyny.
Z Soledad przyjaźniłam się od dziecka. Była ona moją najwierniejszą przyjaciółką, której zawsze wszystko mogłam powiedzieć. Mogłam przyjść do niej o 3 rano, a ona zaspana i tak wysłuchałaby mnie, przytuliła i pocieszyła. Jak wcześniej wspomniałam jest to niewysoka, ładna, brązowooka, z figurą w sam raz dziewczyna. Miała ciemne, długie, kręcone włosy i śliczne, proste, białe zęby.
Razem z tatą Soledad i moją mamą i samą Soledad wysiedliśmy z samochodu. Była godzina 7:00. Wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni i niewyspani. Jednak gdy uświadamiałam sobie z jakiego powodu tak rano znajduję się na lotnisku od razu zmęcznie znikało z mojej twarzy. O godzinie 8:00 miałyśmy zarezerwowany lot do Meksyku. Dlatego też tata mojej przyjaciółki poszedł odebrać bilety i przy okazjii kupić nam po małej ekspresso z automatu. My natomiast usiadłyśmy sobie w poczekali i z niecierpliwieniem czekałyśmy na kawę i odlot. Kiedy pan Sanchez wrócił, podał nam kubeczki i bilety, po czym sam usiadł obok i pił czarną kawę.
- Będę się martwił, ale wiem, że będziesz w dobrych rękach córeczko - powiedział z niespokojnym uśmiechem jej tata.
- Tatusiu, nie bój się wszystko będzie dobrze - uśmiechnęła się ciepło Soledad i pocałowała tatę w policzek.
- Nie chcę przerywać tych pięknych chwil, ale powinnyśmy się zbierać. Dochodzi 7:40 - wtrąciłam się ze słodkim głosikiem.
- No to lecimy - odparła Soledad i po chwili wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
Zaczęliśmy się zbierać. Zanim przeszłyśmy przez bramki, pożegnałyśmy się z rodzicami i poszłyśmy w stronę samolotu...
*Perspektywa Soledad
Gdy wsiadłyśmy do samolotu, ogarnął nas strach. Na szczęście lot był bezpieczny i po 10 godzinach byłyśmy już z walizkami na lotnisku w Mexico City. Od razu naszym oczom ukazało się dwóch, wysokich mężczyzn. Jeden z nich był wysoki, młody i bardzo przystojny. Miał ciemne, brązowe włosy, małe, czekoladowe oczy.Wyglądał na jakieś ok. 27 lat. Był ubrany w białą koszulkę, co świetnie kontrastowało z jego śniadą cerą, białe, krótkie spodenki, dzięki którym było widać jego dojrzałe, owłosione i umięśnione nogi. Na nogach miał szare eleganckie buty. Z daleka można było stwierdzić, że ma zjebany humor. Drugi mężczyzna był jego przeciwieństwem. Uśmiechnięty od ucha do ucha. Starszy od niego nóż, widelec o 20 lat. Również miał czekoladowe. Miał siwo-brązowe włosy. Miał na sobie biało- czarną koszulę z krótkim rękawkiem, czarne spodnie kowbojskie i czarne eleganckie buty. Obaj byli dobrze zbudowani. Nagle luźnym krokiem, kierowali się w naszą stronę. Spojrzałam na Carlotę, a ona na mnie.
- Witam moje panie - powitał nas starszy mężczyzna - Jestem Guillermo Rodriguez, a to mój starszy syn Marcos. Ten pokiwał tylko głową. Ani się nie odezwał ani nawet ręki nie podał.
- Przepraszam, że zwracam uwagę, ale kultura osobista wymaga chociaż podania ręki - powiedziała surowym głosem patrząc Marcosowi prosto w oczy.
- Kultura osobista wymaga również nie wtykania nosa tam gdzie go nie potrzeba - odparł obojętnym głosem chłopak.
- Chyba przeprosiłam prawda, ma pan niedosłuch ?? - zapytała poddenerwowana tą wymianą zdań.
- To nie Twoja sprawa, więc proszę po raz kolejny nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy.
Senor Rodriguez i Carlota patrzyli tylko na nich tak jakby chcieli wybuchnać zaraz śmiechem. Co raz wymieniali spojrzenia i uśmiechali się potajemnie, aby towarzysznie nie zauważyli, że ich ta sytuacja śmieszy.
- Czy nie umie pan zmieniać płyt, gdy te zaczynają się zacinać ?? - zapytała ripostycznie.
- Może i umiem, a może i nie. Wybacz, ale nie mam zamiaru z kimś takim jak Ty dyskutować. Mam lepsze zajęcia - odparł po czym odwrócił się w stronę reszty towarzyszy i zapytał - To co jedziemy ??
- Jedziemy - odpowiedział krótko pan Rodrigez.
*Narrator
Ruszyli w stronę ciemno-szarego BMW Concept CS. Soledad jak i Carlocie oczy wyszły na wierzch. Kiedy podeszły do niego, Marcos wziął nasze bagaże, zapakował je w bagażniku po czym otworzył tylne drzwi przyjaciółkom. Następnie wsiadł za kierownicą i ruszył w stronę domu. Przez całą drogę Marcos i Carlota nie odzywali się. Natomiast Soledad prowadziła bardzo ciekawą rozmowę ze straszym Rodriguezem. Rozmawiali o tym jak to jest mieszkać w Meksyku. Dziewczyna stwierdziła, że od dziecka pragnęła tu przyjechać.
- To co zostajesz w Meskyku na zawsze ? - rzucił znienacka Marcos. Wszystkie oczy zwróciły się ku niemu.
- Chciałabym ... - rozmarzyła się Soledad po czym dodała - Gdybym miała taką możliwość zostałabym. Chociaż w sumie jak sobie myślę, że miałabym pana spotkać gdzieś po drodze ...
- Widziałabyś mnie codziennie. Chyba nie jesteś na tyle głupia, żeby od razu szukać sobie włanego mieszkania. Poza tym znając moją mamę, tatę i dziadka zostałabyś zmuszona do zostania na naszej hacjendzie - przerwał jej nagle Marcos po czym wjechał na teren, który dziewczynom wydaławał się być rajem.
- Dios mio.... - wyszeptała Soledad
- Estamos en el cielo ? - zapytała Carlota zapatrzona w piękną hacjendę.
Hacjenda była duża, bardzo zadbana jak i zapracowana. Wokół chodziło pełno kowboi. Na samym wjeździe był widoczny duży dom. Był piękny, piętrowy z różnymi kolorami różu - ciemny, jasny. Z prawej strony było widać wejście do stajni. Po lewej stały dwa samochodu, czerwony Ferrari 458 Italia i srebrny Mercedes-Benz SLR McLaren.
------------------------------------------------------------------
* Perspektywa Carloty
Dzisiaj był mój jak i mojej przyjaciółki, Soledad wielki dzień. Wakacje w Meksyku były naszym marzeniem od zawsze, a właściewie największym marzeniem były one dla Soledad, niewysokiej, ładnej, brązowooka dziewczyny.
Z Soledad przyjaźniłam się od dziecka. Była ona moją najwierniejszą przyjaciółką, której zawsze wszystko mogłam powiedzieć. Mogłam przyjść do niej o 3 rano, a ona zaspana i tak wysłuchałaby mnie, przytuliła i pocieszyła. Jak wcześniej wspomniałam jest to niewysoka, ładna, brązowooka, z figurą w sam raz dziewczyna. Miała ciemne, długie, kręcone włosy i śliczne, proste, białe zęby.
Razem z tatą Soledad i moją mamą i samą Soledad wysiedliśmy z samochodu. Była godzina 7:00. Wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni i niewyspani. Jednak gdy uświadamiałam sobie z jakiego powodu tak rano znajduję się na lotnisku od razu zmęcznie znikało z mojej twarzy. O godzinie 8:00 miałyśmy zarezerwowany lot do Meksyku. Dlatego też tata mojej przyjaciółki poszedł odebrać bilety i przy okazjii kupić nam po małej ekspresso z automatu. My natomiast usiadłyśmy sobie w poczekali i z niecierpliwieniem czekałyśmy na kawę i odlot. Kiedy pan Sanchez wrócił, podał nam kubeczki i bilety, po czym sam usiadł obok i pił czarną kawę.
- Będę się martwił, ale wiem, że będziesz w dobrych rękach córeczko - powiedział z niespokojnym uśmiechem jej tata.
- Tatusiu, nie bój się wszystko będzie dobrze - uśmiechnęła się ciepło Soledad i pocałowała tatę w policzek.
- Nie chcę przerywać tych pięknych chwil, ale powinnyśmy się zbierać. Dochodzi 7:40 - wtrąciłam się ze słodkim głosikiem.
- No to lecimy - odparła Soledad i po chwili wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
Zaczęliśmy się zbierać. Zanim przeszłyśmy przez bramki, pożegnałyśmy się z rodzicami i poszłyśmy w stronę samolotu...
*Perspektywa Soledad
Gdy wsiadłyśmy do samolotu, ogarnął nas strach. Na szczęście lot był bezpieczny i po 10 godzinach byłyśmy już z walizkami na lotnisku w Mexico City. Od razu naszym oczom ukazało się dwóch, wysokich mężczyzn. Jeden z nich był wysoki, młody i bardzo przystojny. Miał ciemne, brązowe włosy, małe, czekoladowe oczy.Wyglądał na jakieś ok. 27 lat. Był ubrany w białą koszulkę, co świetnie kontrastowało z jego śniadą cerą, białe, krótkie spodenki, dzięki którym było widać jego dojrzałe, owłosione i umięśnione nogi. Na nogach miał szare eleganckie buty. Z daleka można było stwierdzić, że ma zjebany humor. Drugi mężczyzna był jego przeciwieństwem. Uśmiechnięty od ucha do ucha. Starszy od niego nóż, widelec o 20 lat. Również miał czekoladowe. Miał siwo-brązowe włosy. Miał na sobie biało- czarną koszulę z krótkim rękawkiem, czarne spodnie kowbojskie i czarne eleganckie buty. Obaj byli dobrze zbudowani. Nagle luźnym krokiem, kierowali się w naszą stronę. Spojrzałam na Carlotę, a ona na mnie.
- Witam moje panie - powitał nas starszy mężczyzna - Jestem Guillermo Rodriguez, a to mój starszy syn Marcos. Ten pokiwał tylko głową. Ani się nie odezwał ani nawet ręki nie podał.
- Przepraszam, że zwracam uwagę, ale kultura osobista wymaga chociaż podania ręki - powiedziała surowym głosem patrząc Marcosowi prosto w oczy.
- Kultura osobista wymaga również nie wtykania nosa tam gdzie go nie potrzeba - odparł obojętnym głosem chłopak.
- Chyba przeprosiłam prawda, ma pan niedosłuch ?? - zapytała poddenerwowana tą wymianą zdań.
- To nie Twoja sprawa, więc proszę po raz kolejny nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy.
Senor Rodriguez i Carlota patrzyli tylko na nich tak jakby chcieli wybuchnać zaraz śmiechem. Co raz wymieniali spojrzenia i uśmiechali się potajemnie, aby towarzysznie nie zauważyli, że ich ta sytuacja śmieszy.
- Czy nie umie pan zmieniać płyt, gdy te zaczynają się zacinać ?? - zapytała ripostycznie.
- Może i umiem, a może i nie. Wybacz, ale nie mam zamiaru z kimś takim jak Ty dyskutować. Mam lepsze zajęcia - odparł po czym odwrócił się w stronę reszty towarzyszy i zapytał - To co jedziemy ??
- Jedziemy - odpowiedział krótko pan Rodrigez.
*Narrator
Ruszyli w stronę ciemno-szarego BMW Concept CS. Soledad jak i Carlocie oczy wyszły na wierzch. Kiedy podeszły do niego, Marcos wziął nasze bagaże, zapakował je w bagażniku po czym otworzył tylne drzwi przyjaciółkom. Następnie wsiadł za kierownicą i ruszył w stronę domu. Przez całą drogę Marcos i Carlota nie odzywali się. Natomiast Soledad prowadziła bardzo ciekawą rozmowę ze straszym Rodriguezem. Rozmawiali o tym jak to jest mieszkać w Meksyku. Dziewczyna stwierdziła, że od dziecka pragnęła tu przyjechać.
- To co zostajesz w Meskyku na zawsze ? - rzucił znienacka Marcos. Wszystkie oczy zwróciły się ku niemu.
- Chciałabym ... - rozmarzyła się Soledad po czym dodała - Gdybym miała taką możliwość zostałabym. Chociaż w sumie jak sobie myślę, że miałabym pana spotkać gdzieś po drodze ...
- Widziałabyś mnie codziennie. Chyba nie jesteś na tyle głupia, żeby od razu szukać sobie włanego mieszkania. Poza tym znając moją mamę, tatę i dziadka zostałabyś zmuszona do zostania na naszej hacjendzie - przerwał jej nagle Marcos po czym wjechał na teren, który dziewczynom wydaławał się być rajem.
- Dios mio.... - wyszeptała Soledad
- Estamos en el cielo ? - zapytała Carlota zapatrzona w piękną hacjendę.
Hacjenda była duża, bardzo zadbana jak i zapracowana. Wokół chodziło pełno kowboi. Na samym wjeździe był widoczny duży dom. Był piękny, piętrowy z różnymi kolorami różu - ciemny, jasny. Z prawej strony było widać wejście do stajni. Po lewej stały dwa samochodu, czerwony Ferrari 458 Italia i srebrny Mercedes-Benz SLR McLaren.
------------------------------------------------------------------
Za wszelkie błędy przepraszam :( Jak ma się wenę pisze się nie zważając na błędy, a tego nie sprawdzałam później, także wybaczcie :) Miłego wieczoru życzę kochani :)
Ps. Co do rozdziałów, najprawdopodobniej będę dodawała je raz lub dwa razy w tygodniu. W poniedziałek i w piątek lub w sam poniedziałek :)
Hasta Luego :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

